niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział (6)

Mark


               Było mi naprawdę źle? Nie. Ja ledwo poczułem skutki wojny. Oczywiście najpierw straciłem rodziców, ale potem żyłem jakby w bańce mydlanej, której ktoś nie pozwalał pęknąć. On nigdy nie pozwoliłby abym cierpiał. Miałem czasem wrażenie, że on nie zdaje sobie sprawy z tego, że ja wiem co się dookoła mnie dzieje. Wiem, że zrezygnował z ucieczki do Stanów ze względu na mnie, i mimo że później miałem wyrzuty sumienia, to nie chciałem go przekonywać aby mnie zostawił.
               Te teksty typu „Nie mogę bez ciebie żyć jesteś moim powietrzem”, są waszym zdaniem przereklamowane? Być może jeszcze tego nie poczułeś. Moja każda myśl odkąd go poznałem była choć w części o nim. Kiedy decydowałem o tym co będę jeść na śniadanie zastanawiałem się co on by na to powiedział.
               Nawet wtedy kiedy jeszcze tak mało go znałem, kiedy był u nas w domu dziecka wolontariuszem. Tęskniłem za każdym jego uśmiechem, pocieszającym słowem, żartami, nastroszonymi w każdą stronę włosami (których swoją drogą zawsze chciałem dotknąć) i oczywiście tęskniłem za jego śmiesznymi ubraniami, które chyba rzeczywiście mu się podobały.

.○○○○.

- Jackson? - pytam tak cicho jakbym obawiał się, że rozzłoszczę go tym, ale tak naprawdę to chyba niemożliwe.
- Tak, kochanie?
- JongJae hyung zakochał się w Yugyeomie? - to wylatuje z mojej buzi zanim zdążę pomyśleć czy dobrze robię, że mówię mu o moich spostrzeżeniach, jednak przypominam sobie, że jemu mogę powiedzieć o wszystkim.
- Zauważyłeś? - posyła mi jeden z najpiękniejszych uśmiechów na ziemi. - Myślę, że tak, ale boi się mu o tym powiedzieć, to smutne, bo pasują do siebie. Eh, nie mam pojęcia, jak do niego przemówić, twierdzi, że Yeom jest jeszcze za młody.
- W końcu może być za późno. - mój szept jest głośny, za głośny jak na słowa, które mówię.
               Na moich słowach temat się kończy, bo Jackson słysząc ten nie pasujący do mnie pesymizm już nic nie mówi tylko wtula w siebie moje ciało, co bardzo mi się podoba. Kocham czuć jego bliskość, sprawia, że już się nie denerwuje i cała niepewność ze mnie uchodzi.
               To jest właśnie to trzymanie mnie pod kloszem, jak tylko schodzimy na trudny temat robi coś aby odwrócić moją uwagę. Zwykle przytula, albo całuje. Kocham go, ale już naprawdę nie jestem dzieckiem, czasem muszę porozmawiać o nurtujących mnie sprawach, wtedy zwykle mówię mu o tym i ostatecznie zgadza się na rozmowę.
               W sumie rozumiem go, kiedy się poznaliśmy miałem w końcu tylko piętnaście lat. Dlatego traktuje mnie tak a nie inaczej, dla niego chyba przestałem rosnąć.
- Kocham cię. - muska moje usta a potem podnosi się do siadu. - Muszę iść do sklepu. Spokojnie poradzę sobie, mam tu dobrą znajomą. - szybko mnie uspokaja wiedząc, że jestem zdenerwowany za każdym razem kiedy trzeba wyjść z naszej kryjówki.
- Wróć do mnie szybko.
.○○○○.

               Siedząc wtulony Jacksona, na naszym typowym spotkaniu z przyjaciółmi, tylko przelotnie słyszę wszystkie rozmowy, które często dotyczą tego, że to niezdrowe być tak blisko jak my. Normalnie bym się zdenerwował, ale wiem, ze oni tylko żartują. Całą swoją uwagę skupiłem na JongJae i Yugyeomie siedzieli jak zwykle blisko siebie, ale widać było, że ten pierwszy nie czuje się z tym zbyt komfortowo. Chciałbym coś zrobić, ale nie mam pojęcia jak im pomóc.
- Czemu jesteś dziś taki cichy Mark? - pyta w końcu z troską JB.
- Po prostu myślę. - odpowiadam z uśmiechem.
               Czuję na sobie wzrok Jacksona, który pewnie zastanawia się teraz czy coś się stało, ale ja nie zamierzam mu nic tłumaczyć, jestem dorosły. To czasem taki męczące, ta cała jego troska. Wiem, że powinienem się cieszyć i tak oczywiście jest, ale bez przesady.
- Yeom, mówiłeś coś ostatnio, że chcesz się wyprowadzić od rodziców, rozmyśliłeś się? - już wiem jak ich podejść, żeby przyznali się do tego co czują i nie zamierzam odpuścić.
- Emm... Szukałem już czegoś, ale mieszkania są bardzo drogie a ja nie ma mam nikogo, z kim mógłbym je dzielić. No i to trudne w obecnych czasach znaleźć dobrego współlokatora. - wyznaje, a ja w duchu się z nim zgadzam.
- A JongJae? Ty mieszkasz sam, mógłbyś mieć współlokatora dopóki Yugyeom nie znajdzie czegoś lepszego. - od początku chciałem to powiedzieć, jakoś ich do siebie popchnąć.
- To świetny pomysł! Już nie musiałbym narażać rodziców! Pomożesz mi? - jego ucieszony wzrok i pytanie w oczach, sprawia, że nasz muzyk się mocno rumieni...
- Wiesz... musiałbyś się przyzwyczaić... mieszkanie ze mną jest dość męczące... - próbuje się wycofać bo boi się swoich uczuć, w sumie to nawet mu współczuję, ale chce żeby był szczęśliwy.
- Nie będzie na pewno, aż tak źle. Mieszkałem z nim przez chwilę, jest wkurzający, ale można się przyzwyczaić.- Jackson zorientował się co planuję i najwidoczniej chce mi pomóc.
- Tak się cieszę! Dziękuję! - Yugyeom rzuca się na szyje zdziwionemu chłopakowi, a jestem z siebie ogromnie zadowolony.
               Mam nadzieję, że teraz z moją małą pomocą się im uda. Zasługują na jak największe szczęście.

.○○○○.

- Nie wiedziałem, że mam takiego podstępnego chłopaka. Mną też tak manipulujesz? - pyta mój ukochany kiedy już leżymy w nocy w łóżku.
-Nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobił. - zdaje sobie sprawę z tego, że żartował, ale to dobra okazja na takie wyznanie.
               Zawsze pokazuje mu swoje uczucia kiedy tylko mam ku temu okazję, bo wiem, że kiedyś mogę rano nie powiedzieć mu „kocham cię” a potem żałować tego całe życie. Tak właśnie działa wojna, nigdy nie wiesz kiedy widzisz kogoś po raz ostatni. To męczące i okropne, ale sprawia, że bardziej doceniasz pewne rzeczy, dzięki temu nauczyłem się cieszyć każdym momentem.

               Mam nadzieję, że następnym razem kiedy spotkam przyjaciół zobaczę, że Yeom i Jae też to zauważyli.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Rozdział mi się nie podoba, ale mam nadzieję, że nie zepsułam go aż tak.
Proszę o komentarze, bo nie wiem czy piszę dla kogoś czy nikt tego nie czyta.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Rozdział (5)

JongJae


                  Lubicie muzykę? Jeśli nie to pewnie, nie zrozumiecie mnie w wielu kwestiach. Ja kocham muzykę. Kiedy moje struny głosowe drgają podczas śpiewania czuję, że żyję, i właśnie tak powinno wyglądać moje życie. Jeśli do tego dodam palce, które gładko przesuwają się po klawiszach fortepianu. Te dwa dźwięki, mój głos i fortepian potrafią uczynić mnie szczęśliwym na bardzo długo.
                  Codziennie wieczorem modlę się do Boga dziękując za mój głos, za to, że mogę się spełniać w swojej pasji. Bo gdyby coś stało się z moim gardłem, chyba nie potrafiłbym dłużej żyć...
                  to dla mnie oderwanie do rzeczywistości, od świata w którym żyjemy. Jestem tylko ja i instrument, na którym gram. Razem potrafimy stworzyć dzieło, skłonić drugiego człowieka do płaczu, lub uśmiechu. Dwa zmysły, słuch i mowa. Ma je każdy, ale tak na prawdę nie każdy potrafi się nimi posługiwać. A niektórzy nie mogą...

.○○○○.

                  Mieszkam sam, tak naprawdę to żyję sam, nie mam nikogo bliskiego. Moja najbliższa rodzina została zamordowana. Minęło już sporo czasu od tego wydarzenia, mówię o tym ze spokojem, bo po części już pogodziłem się z tą stratą mimo, że zawsze będę za nimi tęsknił, to nie mogę użalać się nad sobą do końca życia, oni by tego nie chcieli. Ale mieszkanie samemu ma też plusy, jak to, że w tym tygodniu mogą zamieszkać u mnie Jackson i Mark.
                  Gdybym mieszkał z rodzicami bałbym się ich narażać, po za tym nie miałbym miejsca, a tak mogę im pomóc chociaż tak. No i oczywiście mogę spędzić z nimi więcej czasu. Bo nawet jeśli mdli mnie od tych czułości, to wciąż moja jedyna rodzina, są dla mnie jak bracia, zresztą tak samo jak reszta.
- Jae... - słyszę głos Marka, który jak najdelikatniej tylko może przerywa mi grę na pianinie – Mogę zrobić sobie herbaty? Jackson dopiero poszedł na zakupy, a mi chce się pić.
- Oczywiście, że możesz, nie potrzebnie pytasz. - mówię, z szerokim uśmiechem na ustach, bo Mark jest taki słodki. - Jest w szafce nad zlewem.
- Dziękuję bardzo. - oznajmia cicho i wychodzi.
                  Zazdroszczę Jacksonowi takiej miłości. Tego, że ma się o kogo troszczyć i do kogo wracać. Że jego miłość nie jest okropna jak niektóre z dziewczyn JB, których nigdy nie lubiłem, bo nie robiły nic oprócz ślinienia się na widok przystojnego chłopaka. Zazdroszczę mu tej stałości w życiu, pomimo że tak naprawdę nie powinien jej teraz mieć. Nie wiem jak to nazwać, ale tak naprawdę nigdy nie robiło mi wielkiej różnicy to czy podoba mi się chłopak czy dziewczyna*. Wiem, że dla otoczenia to było złe, chore. Ale ja od zawsze wiedziałem, że płeć nie ma dla mnie znaczenia, liczy się tylko miłość.
                  Kiedy zaczynam odczuwać ból w rękach przerywam grę. Wiem, że nie wolno mi grać aż tak długo, bo w końcu zniszczę swoje kości tak, że już nigdy nie zagram. Ale to naprawdę czasem jest silniejsze ode mnie. Kiedy jestem smutny to gram, zresztą kiedy odczuwam inne silne emocje, też gram. A ponieważ zazwyczaj nie mam z kim porozmawiać o tym co dzieje się wokół mnie, pianino stało się moim największym przyjacielem. Nie umniejszając oczywiście tego, że mam siedmioosobową rodzinę, która kocham i to również moi przyjaciele.
- Jae? - tym razem do mojego pokoju wchodzi Jackson, który wcale nie stara się zachowywać cicho – Zrobiłem obiad, zostaw na chwilę swoją dziewczynę i choć zjeść.
                  Mówiąc o dziewczynie ma oczywiście na myśli moje pianino. Śmieje się tylko na jego słowa i idę za nim do mojej kuchni. Stoi w niej mały stolik, który jest w stanie pomieścić cztery osoby, jak dla nas jest idealny.
- Ty w ogóle jesz, kiedy jesteś sam w domu? - pyta śmiejąc się nadal Jackson.
- Nie. - odpowiadam, specjalnie siląc się na poważny ton i niewzruszoną mimikę twarzy.
Po chwili milczenia, kiedy chłopaki zdają sobie sprawę z tego, że żartuję wybuchamy głośnym śmiechem. Trzeba przyznać, że dawno się tak szczerze nie śmiałem. Życie obecnie jest zbyt smutne, żeby śmiać się z niczego. A jednak, Jackson jest idealnym przykładem na to, ze można, jeśli się tylko chce. To chyba najbardziej pozytywna osoba w całej naszej grupie, mimo że zwykle ma najtrudniej.
- Dziś po południu mamy spotkać się z resztą. - oznajmiam wesoło.
- Stęskniłem się za wszystkimi. - mówi Mark jak zwykle nieśmiało i pod nosem.

.○○○○.

                  Uśmiechy bliskich osób są bardziej wartościowe niż złoto. Uśmiechy bliskich osób sprawiają, że czujesz się szczęśliwszy niż gdybyś sam się uśmiechał. Nie ma nic piękniejszego niż my wszyscy, razem.                                   Rozumiejąc się bez słów, śmiejąc się i żartując, mimo że za oknem wybucha kolejna bomba, i umiera kolejny człowiek. Bo kiedy jesteśmy razem nic nie jest nam straszne.
                  Czasem czuję się jak matka. Zwłaszcza jeśli w moim towarzystwie pojawi się Yugyeom. Tak właściwie to tylko wtedy. On jest taki młody i niewinny, patrząc na niego odczuwam tak silne emocje, że mam ochotę tulić go w ramionach i nigdy nie puszczać. To nie sprawiedliwe, bo nasza para, Mark i Jackson naprawdę tak może. A ja nie. Bo ja jestem zbyt nieśmiały. A on zdecydowanie zbyt młody.
- O czym tak myślisz hyung? Coś się stało? - jego głos przy moim uchu to zdecydowanie zbyt dużo. Wspominałem już, że lubię tego dzieciaka?
- Zastanawiam się czy spotkam kiedyś miłość. - odpowiadam prosto z mostu, bo wiem, że on i tak ię nie domyśli, a mógłby wyczuć, że kłamie.
- Nie zastanawiaj się czy spotkasz miłość. Zanim się obejrzysz miłość spotka ciebie, zobaczysz! - jego uśmiech.
Kiedy kończy swoją wypowiedź przytula się mocno do mojego boku, a ja nie potrafię go odtrącić, nawet jeśli jego dotyk w pewien sposób pali i jest niewygodny, to wciąż jest mi przyjemnie.

.○○○○.

                  Tego wieczoru jestem naprawdę roztrzepany. Ciągle coś wypada mi z rąk i nie mogę znaleźć sobie miejsca. A wszystko to dlatego, że parę godzin temu zorientowałem się, że spotkałem miłość, a potem rozminąłem się z nią bo mnie nie zauważyła.
- Jae... - jak widać Jack już nie może znieść mojego melancholijnego nastroju, gdyby tylko wiedział... - powinieneś powiedzieć Yeom'owi, że ci się podoba.
Przysięgam, że gdybym właśnie coś pił, to bym to wypluł. Skąd on wie?!
- C-co? O czym ty mówisz? - próbuję jeszcze ratować sytuację, ale prawda jest taka, że jak on się uprze to nic już nie pomoże.
- Bo widzisz, wszyscy oprócz niego się już zorientowali. - mówi, odważnie jak na niego Mark.
- Ale on się nie zorientował. I lepiej niech tak zostanie. - przyznaje się w końcu.
- Ale dlaczego?
- Jest jeszcze taki młody. - prawie szepczę te słowa.
- Szanuję twoją decyzję, ale żebyś za późno nie zorientował się, że on uciekł ci sprzed nosa, pamiętaj, że trwa wojna. I nic na to nie poradzimy.
Cholera. Jackson chyba ma rację.



*Wtedy jeszcze nie było takch pojęć jak "bisksualny" dlatego JongJae nie wie jak nazwać swoje uczucia.

`````````````````````````````````````````````````

Tak trochę krótko i dziwnie, ale tak to czułam, więc już nie nie zmieniam. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba!
Bardzo proszę o zostawienie po sobie komentarza, choćby najkrótszego. ♥

Obserwatorzy