Mark
2
Ludzie
zawsze kojarzyli mi się z bólem. Bo to oni zadają ból słowami i
czynami, nieraz stokroć większy niż fizyczny. Sprawiają, że
powoli zaczynasz im ufać, dajesz całego siebie, przywiązujesz się,
kochasz. A potem nagle odchodzą. Mają różne wytłumaczenia,
których ja zwykłem nie słuchać, bo to kolejne kłamstwa
wymyślone, tylko po to aby ukryć znudzenie się moją osobą. Nigdy
w końcu nie byłem jakoś bardzo rozrywkowy. Wolałem raczej usunąć
się na bok i spokojnie spoglądać na życie. Dlatego ludzie nie
byli zainteresowani zadawaniem się ze mną. To bolało. Nie czułem
się gorszy, a może byłem...
Każde
odejście człowieka boli tak samo. Każde odejście boki zupełnie
inaczej. Gorzkie łzy, które spływały po mojej twarzy też za
każdym razem były inne i wyrażały coś innego, a mimo wszystko
były takie same. Wyrażały tęsknotę i ból, czasem nawet
zażenowanie, bo jak ja mogłem dać się tak oszukać, osobie, która
bez żadnych skrupułów, odeszła. Jak?
Całe
moje życie było usłane takimi ludźmi, którzy pojawiali.
Wierzyłem, że coś zmienią, zostaną na dłużej, być może staną
się dla mnie kimś bliższym, ale za każdym razem spotykało mnie
to samo rozczarowanie. A przecież tak się starałem, byłem zawsze
blisko, chętny do pomocy...
Tylko,
że tym ludziom nie wystarczyły moje dobre chęci.
.••••.
Od
pewnego czasu Jackson zachowuje się bardzo dziwnie, mało ze mną
rozmawia, za to często spotyka się z BamBam'em. Nie jestem
oczywiście zazdrosny, bo ufam mu bezgranicznie, tylko to dla mnie
dosć bolesne. Za każdym razem kiedy pytam co się dzieje, ten
odpowiada jakoś wymijająco, albo zwyczajnie i bezwstydnie zmienia
temat. W końcu nie wytrzymałem i krzyknąłem mu prosto w twarz, że
jeśli nadal będzie się tak zachowywał, to nie będą się do
niego odzywać. To dość nietypowe zachowanie jak na mnie, zwykle po
prostu siedzę cicho i czekam jak sprawa potoczy się dalej.
Moje
ciało reaguje lekkim drgnięciem, kiedy słyszę otwierające się
drzwi tuż za moimi plecami. Pomyślałem, że leżenie w łóżku to
dobry sposób na uspokojenie się, ale to sprawiło, że jestem po
prostu bardziej smutny.
-
Mark, BamBam zaprosił nas do siebie na wieczór, wiesz że u niego
jest chyba najbezpieczniej. - proponuje
mi wyście i to do osoby, przez którą cały czas mnie ignorował.-
Wiem, że ostatnio spędzałem z tobą mało czasu, ale dziś ci to
wynagrodzę, obiecuję!
Chciałbym
być na niego zły, postawić się i powiedzieć, że może sobie sam
do niego iść skoro ostatnimi czasy było im tak dobrze beze mnie.
Zamiast tego podnoszę się powoli, wyplątując swoje ciało z
pościeli i przytulam się do niego mocno. Tak bardzo boję się, że
go stracę, to moja jedyna miłość.
-
Kocham cię. - te słowa chyba wystarczą mu jako odpowiedź.
.••••.
Jesteśmy
w drodze do domu naszego przyjaciela, od samego początku tej
krótkiej wędrówki panuje pomiędzy nami niewygodna cisza, której
wcale nie chce przerywać, przynajmniej tak pokaże mu, że nadal
jestem trochę zły. Może faktycznie Jackson był dla mnie za dobry
i trochę rozpieścił mnie swoim towarzystwem... Sam nie wiem. Chyba
po prostu już przyzwyczaiłem się, że zawsze jest obok i dlatego
zadziałało to na mnie tak mocno. Gdybyśmy nie spędzali razem
każdego dnia, być może byłby inaczej i teraz nie targałby mną
takie negatywne emocje, które ciężko jest mi pohamować.
-
Jesteśmy na miejscu. - głos Jacksona zbyt gwałtowanie wyrywa mnie
z mojego świata i sprawił, że trochę się przestraszyłem, ale
przecież nie dam tego po sobie poznać.
-
Wiem. - być może jestem dla niego za szorstki, to nasz pierwsza
„kłótnia” a on pewnie nawet nie wie jak mnie przeprosić, nigdy
nie musiał...
Kiedy
udajemy się stromymi schodami na odpowiednie piętro starszy chłopak
oznajmia mi, że BamBam będzie nieco później, więc dał mu
klucze. Dziwi mnie to trochę, bo po co nas niby zapraszał, skoro
nie ma czasu, ale cóż... Nigdy go nie rozumiałem. Jackson dość
długą chwilę mocuje się z zamkiem i denerwuje się przy tym, jak
to on. Nigdy nie był zbyt cierpliwy...
Chłopak,
w końcu otwiera drzwi a ja zamieram w bezruchu zdziwiony. Oni...
Zrobili to wszystko dla mnie?
-
Wszystkiego Najlepszego! - mówią chórem, a ja czuję jak moje
oczy wypełniają się łzami szczęścia, tak bardzo kocham moich
przyjaciół...
-
Dzi-Dziękuję. - tylko tyle jestem w stanie powiedzieć.
Byłem
zły na Jacksona... To nie sprawiedliwe, on zorganizował dla mnie to
przyjęcie, mimo wojny, mimo trudności i naszego pochodzenia, a ja
jeszcze miałem czelność się złościć. On jest najcudowniejszym
chłopakiem jakiego mogłem sobie wymarzyć. Jest moją największą
życiową wygraną. Tak bardzo go kocham. Możecie mi wypominać, ze
nadużywam tych słów, ale to nie prawda, on zrobił dla mnie tyle,
że jestem mu winny chociaż miłość.
-
Przepraszam. - mówię mojemu ukochanemu na ucho i wtulam się mocno
w jego klatkę piersiową. - Dziękuję za to wszystko. Wybaczysz mi
to jak się ostatnio zachowywałem? - głos drży mi kiedy to mówię,
bo boję się trochę jego odpowiedzi.
-
Jesteś moim aniołkiem, oczywiście, że ci wybaczam. Kocham cię, i
tak właściwie wcale nie przeszkadzała mi twoja złość.
Przynajmniej wiem, że tobie też mnie brakowało.
Po
chwili wszyscy siadamy w wielkim salonie BamBam'a i zaczynamy
rozmawiać. Wszyscy składają mi oczywiście życzenia i śpiewają
piosenkę urodzinową. To wszystko jest dla mnie ogromnie
przytłaczające, bo nie przywykłem do czegoś takiego, ale daje mi
też niesamowitą radość. Największe zdziwienie przychodzi jednak
kiedy Jackson mówi, że ma dla mnie prezent. Na prawdę niczego
więcej oprócz tego cudownego spotkania się nie spodziewałem. Jak
ja mu się za te wszystkie cudowności odwdzięczę?
-
Mark. - oznajmia niepewnie jak gdyby bał się tego co się wydarzy.
- Chciałbym cię o coś zapytać. - jego słowa sprawiają, że moje
serce zaczyna bić w jakimś okropnym rekordowym tempie. To co mówi
może oznaczać dwie rzeczy, dobrą albo złą. Chłopak klęka
przede mną, a ja nie mogę oddychać, czuję jakby cały świat
dookoła przestał istnieć. To takie nieprawdopodobne. - Kocham cię.
I wiem, że nie możemy się pobrać, ale to nie znaczy, że nie
możesz być moim narzeczonym. Jesteś najlepszym co dostałem od
życia. Tak więc... Mark, chcesz zostać ze mną do końca naszych
dni?
Serce
jakby przestaje bić w moim ciele. Oddech nie dla mnie znaczenia, nic
nie ma dla mnie znaczenia w tym momencie. Spełniło się moje
największe marzenie. Stało się coś dzięki czemu już nigdy nie
będę sam. Już nigdy nie będę musiał bać się, że ktoś mnie
zostawi.
-
Tak. - mój szept jest nawet cichszy niż zwykle, ale chłopak
dokładnie go słyszy.
Zwykle
wstydzę się okazywać jakoś bardziej odważnie uczucia przy
ludziach, ale w tej chwili liczy się tylko on. Najważniejsza osoba
w moim życiu. Mój skarb. Który teraz całuje mnie mocno, co
sprawia, że rumieniec śmiało wkracza na całą moją bladą twarz.
Już
po chwili na moim palcu dumnie połyskuje złota, cienka obrączka.
.••••.
Boję
się utraty ludzi, którzy mnie otaczają. Boję się, że któregoś
dnia obudzę się i nikogo już przymnie nie będzie. Dlatego dar,
który dostałem od Jacksona, to najlepsze co mogłem kiedykolwiek
dostać. To jak wygrana na loterii, której nigdy się nie
spodziewałem
Wspominałem
już, że go kocham?
--------------------------------------------------------
*nuci "złote obrączki"
Ekhem! Dziękuję za tyle wejść pod ostatnim postem jesteście niesamowici, było ich aż 110 ♥
Dajcie znać jak się wam ten cukierkowy rozdział podoba!