Mówią,
że osoby ciężko chore mają ostatni dobry dzień. Dzień, w którym
nie czują się aż tak źle i wydaje mu się, że być może jest
jednak szansa na wyleczenie. Ze mną było podobnie niedługo przed
wybuchem wojny byłam pewna, że może być tylko lepiej. Mogłam bez
strachu widywać się z przyjaciółmi, nie musieliśmy się chować
po kątach. Miałam miłość i oparcie w ludziach. Ale jak to mówią
nic nie trwa wiecznie.
Niedługo
potem przekonałam się o tym, aż zbyt dosadnie. Chiny sprzymierzyły
się z komunistami, kimś kogo nasza grupa nie lubiła najbardziej,
bo my pragnęliśmy wolności. I pewnie ramie w ramie walczylibyśmy
przeciwko nim, gdyby nie jeden problem. Mark i Jackson. Nie oni byli
problemem, oczywiście. Problemem było ich pochodzenie. Byli z Chin.
A osoby w ich wieku musiały bez żadnych sprzeciwów wstąpić do
wojska.
Mieliśmy walczyć przeciwko sobie. Nie myślcie jednak, że
przestaliśmy się spotykać. Nie. Rozdzielenie nas było praktycznie
niemożliwe.
Tego
dnia również się spotkaliśmy.
.○○○○.
-
Tęskniłam za wami! - krzyczę
przytulając jednocześnie siedmioro chłopaków, którzy już na
mnie czekają.
-
Nie możesz tak krzyczeć, nikt nie może wiedzieć, że tutaj się
ukryliśmy,. W ten sposób moglibyśmy narazić moich znajomych. To i
tak aż
zbyt uprzejme z ich strony, że zgodzili się, aby spotkanie odbyło
się w ich piwnicy. - upomina nas jak zawsze nie szczędząc słów,
JB.
-Przepraszam
– naprawdę wstyd mi, że tak wybuchłam czasy są niespokojne i to
bardzo niebezpieczne. - Znaleźliście już miejsce aby się
zatrzymać? - pytam Marka i Jacksona chcąc jak najszybciej zmienić
temat.
-
Było ciężko, ale jeden z dawnych znajomych zgodził się, żebyśmy
przenocowali w jego piwnicy.
Wiem,
że czują się winni bo narażają innych ludzi, będąc teraz w
Korei, ale prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy tak samo narażeni
przez cały czas. Bez względu na to czy jesteś cywilem, czy
walczysz w wojsku możesz zginąć od przypadkowej kuli, lub wybuchu
gdzieś w pobliżu.
Jakieś
dwa miesiące temu sama byłam dosłownie o krok od śmierci, a
raczej bomby podłożonej w jednym z rządowych budynków. Dzięki
Bogu zdecydowałam się jednak wrócić do domu inną drogą. To
zdarzenie uświadomiło mi jak bardzo moje życie jest kruche.
-
Chciałbym stąd uciec jak najdalej tylko można. Daleko od wojny i
niesprawiedliwości. - mówi nagle Yugyeom.
Jest
z nas wszystkich najmłodszy i bardzo dotknęło go to co nas
spotkało. To dla mnie chyba najsmutniejsze, że wojna nie patrzy na
wiek, płeć, czy kalectwo. Traktuje wszystkich po równo, a mimo to
niesprawiedliwie. Ludzie, którzy tak bardzo pragną równości
powinni o tym pamiętać.
Ciężko
jest opisać wojnę, nawet jeśli przeżyło się ją na własnym
ciele. Bo jak mam opisać leżenie pod gruzami, kiedy musiałam
walczyć o nawet najmniejszy oddech. Jak mam opisać przenikający
ból, kiedy jedna z kul przeszyła mój bok, podczas akcji.
Opisywanie wojny nie powinno należeć do moich obowiązków, ale
czuję, że tak Bóg zawyrokował i już nic z tym nie zrobię.
-
Zamyśliłaś się. - słyszę głos Youngjae, który skutecznie
odsuwa mnie od przykrego rozmyślania.
-
Tak dawno nie widzieliśmy się wszyscy razem, a teraz nawet nie
potrafimy normalnie rozmawiać. Też macie wrażenie, że ta sytuacja
wysysa z nas człowieczeństwo? - mój głos lekko się załamuje,
nie mogę się przemóc, aby na nich spojrzeć, boje się, że będę
płakać.
-
Tak... nie unikniemy tego, chociażbyśmy się bardzo starali. -
jestem zaraz po Yugyeomie najmłodsza z nas wszystkich, do tego
jestem dziewczyną, więc zawsze bardzo się o mnie troszczą.
Dlatego Jr zaraz po tym jak wymawia te słowa podchodzi mocno mnie
przytula.
Często
się przytulamy kiedy już jesteśmy wszyscy razem, bo ciągle w
naszych głowach jest świadomość, że to może być nasze ostatnie
spotkanie...
.○○○○.
Przed
wojną kochałam wszystko co związane z teatrem i występami na
scenie. To było „to coś” co dawało mojemu życiu pęd.
Wiedziałam, że właśnie tym chce się zajmować. To była moja
najprawdziwsza pasja, chciałam aby to była moja praca, bez względu
na to co mówili rodzice i znajomi. Że to nie jest przyszłościowe...
Teraz
nic mi już z tego nie zostało. W teatrach jest już sama propaganda
i zakłamanie, a nie to chcę głosić, nie to przez sztukę pragnę
przekazywać ludziom. Powinnam już przyzwyczaić się do tego, że
każda moja miłość kończy się w ten sposób. Miłość do ludzi
została mi zabrana, matkę i ojca zamordowano, a... Jackson jest
szczęśliwy z kimś innym. Miłość do aktorstwa spłonęła wraz z
pierwszym pociskiem wycelowanym w budynek naszego teatru.
Czuję
się czasem tak jakby nie zostało we mnie nic z człowieka, tylko
pusta skorupa, która walczy o ideały, które kiedyś były dla niej
ważne. Oczywiście mam przyjaciół, ale nasza przyjaźń jest tak
samo krucha jak moje człowieczeństwo. Bo każdy z nas wie, że na
wojnie i w miłości wszystkie chwyty dozwolone. A kiedy te dwie
sprawy mieszają się ze sobą robi się już zupełnie
niebezpiecznie.
-
Joon! Wstałaś już? Pamiętaj, że masz dziś bardzo ważne
spotkanie! - słyszę krzyk cioci zza drzwi.
Oczywiście,
że pamiętam, załatwiła mi pracę w jednej z kawiarni, do której
przychodzili, ci nietykalni i najbogatsi ludzie z Korei. Nie chciałam
tego, ale nie mam wyboru, przecież nie mogę cały czas utrzymywać
się z pieniędzy cioci, to i tak nadzwyczaj miłe z jej strony, że
pozwoliła mi u siebie zamieszkać. Dlatego muszę tam iść i udawać
miłą. Jak już wspominałam jestem dobrą aktorką, więc nie będę
mieć z tym problemów.
Ubrana
i umyta wchodzę do kuchni gdzie zastaję ciocię czytającą jakąś
gazetę. Aż boję się pytać co dzieje się w mieście, więc po
prostu ją mijam i podchodzę do jednej z szafek aby zjeść jakieś
szybkie śniadanie.
-Ciociu,
wychodzę.
-
Dobrze kochanie. Pamiętaj, żeby na siebie uważać. - jak zawsze na
pożegnanie całuje mnie w czoło.
-Kocham
cię do zobaczenia.
Za
każdym razem kiedy się z kimś żegnam myślę o tym, że być może
już więcej tej osoby nie spotkam. To nie jest dobre, zdaje sobie z
tego sprawę, ale taka jest prawda, a ja po prostu nie potrafię się
oszukiwać. Popełniłam już raz ten błąd nie powiedziałam mamie
przed wyjściem, że ją kocham. Teraz mimo iż zdaję sobie sprawę,
że ona o tym doskonale wiedziała, czuję jakąś niewypełnioną
pustkę w sercu. Przeraża mnie świadomość, że już jej być może
nie wypełnię.
Cała
droga mija mi na rozmyślaniu o tym czy aby to na pewno jest dobry
pomysł. Ale ostatnie stwierdzam, że nie mam innego wyboru. Ciocia
musiała się natrudzić aby to zorganizować i nawet nie chce myśleć
co zrobiła, abym mogła dostać tę szansę.
-Dzień
Dobry. - pogardliwa mina kobiety za kontuarem tylko utrzymuje mnie w
przekonaniu, że to nie miejsce, dla takiego plebsu jak ja. Zapewne
myśli, że jestem wariatką i chce tu zjeść. - Miałam się tu
stawić na rozmowę o pracę.
-
Ah, no tak jak mogłam zapomnieć. Proszę iść za mną. - od razu
zrozumiała co taki człowiek jak ja tu robi.
Rozmowa
o pracę trwa tylko chwilę i jest monologiem szefa tej kawiarenki.
Uczula mnie na podsłuchiwanie i przekazywanie tajnych wiadomości.
Opowiada krótko jak mam się zachowywać przy klientach. Muszę
przyznać, że słysząc o tajnych informacjach ciarki przechodzą mi
po plecach. Prawda jest taka, że jestem przeciwko nim, ale cóż...
przecież mu tego nie powiem.
-Wszystko
jest dla ciebie jasne? Czy muszę coś jeszcze powtórzyć? - jego
pytanie brzmi trochę jak groźba, więc szybko kręcę głową dając
znak, iż wszystko rozumiem. -Cieszę się, zaczniesz od jutra. Masz
być punktualnie o dziewiątej w pracy.
Wychodząc
z tego dusznego budynku łapczywie łapię oddech. Czuję się jakbym
przez całą rozmowę nie oddychała. Nie ma co ukrywać przerażają
mnie tacy ludzie. Dlatego nie nadaje się do życia w tych czasach,
mam wrażenie, że urodziłam się za wcześnie, albo za późno.
Jakbym przeniosła się w czasie, mam nieco inne myślenie niż
ludzie wokół. Nieraz zwracano mi na to uwagę kiedy byłam
dzieckiem.
Życie
na tym świecie, wśród tych ludzi to chyba nie jest moje
przeznaczenie...
`````````````````
Mam nadzieję, ze rozdział jest znośny, jakoś w połowie opuściła mnie wena. Przepraszam i mam nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej!