czwartek, 30 lipca 2015

Rozdział (1)

JOONJIN



          Mówią, że osoby ciężko chore mają ostatni dobry dzień. Dzień, w którym nie czują się aż tak źle i wydaje mu się, że być może jest jednak szansa na wyleczenie. Ze mną było podobnie niedługo przed wybuchem wojny byłam pewna, że może być tylko lepiej. Mogłam bez strachu widywać się z przyjaciółmi, nie musieliśmy się chować po kątach. Miałam miłość i oparcie w ludziach. Ale jak to mówią nic nie trwa wiecznie.
          Niedługo potem przekonałam się o tym, aż zbyt dosadnie. Chiny sprzymierzyły się z komunistami, kimś kogo nasza grupa nie lubiła najbardziej, bo my pragnęliśmy wolności. I pewnie ramie w ramie walczylibyśmy przeciwko nim, gdyby nie jeden problem. Mark i Jackson. Nie oni byli problemem, oczywiście. Problemem było ich pochodzenie. Byli z Chin. A osoby w ich wieku musiały bez żadnych sprzeciwów wstąpić do wojska. 
          Mieliśmy walczyć przeciwko sobie. Nie myślcie jednak, że przestaliśmy się spotykać. Nie. Rozdzielenie nas było praktycznie niemożliwe.
Tego dnia również się spotkaliśmy.

.○○○○.

- Tęskniłam za wami! - krzyczę przytulając jednocześnie siedmioro chłopaków, którzy już na mnie czekają.
- Nie możesz tak krzyczeć, nikt nie może wiedzieć, że tutaj się ukryliśmy,. W ten sposób moglibyśmy narazić moich znajomych. To i tak aż zbyt uprzejme z ich strony, że zgodzili się, aby spotkanie odbyło się w ich piwnicy. - upomina nas jak zawsze nie szczędząc słów, JB.
-Przepraszam – naprawdę wstyd mi, że tak wybuchłam czasy są niespokojne i to bardzo niebezpieczne. - Znaleźliście już miejsce aby się zatrzymać? - pytam Marka i Jacksona chcąc jak najszybciej zmienić temat.
- Było ciężko, ale jeden z dawnych znajomych zgodził się, żebyśmy przenocowali w jego piwnicy.
          Wiem, że czują się winni bo narażają innych ludzi, będąc teraz w Korei, ale prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy tak samo narażeni przez cały czas. Bez względu na to czy jesteś cywilem, czy walczysz w wojsku możesz zginąć od przypadkowej kuli, lub wybuchu gdzieś w pobliżu.
          Jakieś dwa miesiące temu sama byłam dosłownie o krok od śmierci, a raczej bomby podłożonej w jednym z rządowych budynków. Dzięki Bogu zdecydowałam się jednak wrócić do domu inną drogą. To zdarzenie uświadomiło mi jak bardzo moje życie jest kruche.
- Chciałbym stąd uciec jak najdalej tylko można. Daleko od wojny i niesprawiedliwości. - mówi nagle Yugyeom.
          Jest z nas wszystkich najmłodszy i bardzo dotknęło go to co nas spotkało. To dla mnie chyba najsmutniejsze, że wojna nie patrzy na wiek, płeć, czy kalectwo. Traktuje wszystkich po równo, a mimo to niesprawiedliwie. Ludzie, którzy tak bardzo pragną równości powinni o tym pamiętać.
          Ciężko jest opisać wojnę, nawet jeśli przeżyło się ją na własnym ciele. Bo jak mam opisać leżenie pod gruzami, kiedy musiałam walczyć o nawet najmniejszy oddech. Jak mam opisać przenikający ból, kiedy jedna z kul przeszyła mój bok, podczas akcji. Opisywanie wojny nie powinno należeć do moich obowiązków, ale czuję, że tak Bóg zawyrokował i już nic z tym nie zrobię.
- Zamyśliłaś się. - słyszę głos Youngjae, który skutecznie odsuwa mnie od przykrego rozmyślania.
- Tak dawno nie widzieliśmy się wszyscy razem, a teraz nawet nie potrafimy normalnie rozmawiać. Też macie wrażenie, że ta sytuacja wysysa z nas człowieczeństwo? - mój głos lekko się załamuje, nie mogę się przemóc, aby na nich spojrzeć, boje się, że będę płakać.
- Tak... nie unikniemy tego, chociażbyśmy się bardzo starali. - jestem zaraz po Yugyeomie najmłodsza z nas wszystkich, do tego jestem dziewczyną, więc zawsze bardzo się o mnie troszczą. Dlatego Jr zaraz po tym jak wymawia te słowa podchodzi mocno mnie przytula.
          Często się przytulamy kiedy już jesteśmy wszyscy razem, bo ciągle w naszych głowach jest świadomość, że to może być nasze ostatnie spotkanie...

.○○○○.

          Przed wojną kochałam wszystko co związane z teatrem i występami na scenie. To było „to coś” co dawało mojemu życiu pęd. Wiedziałam, że właśnie tym chce się zajmować. To była moja najprawdziwsza pasja, chciałam aby to była moja praca, bez względu na to co mówili rodzice i znajomi. Że to nie jest przyszłościowe...
          Teraz nic mi już z tego nie zostało. W teatrach jest już sama propaganda i zakłamanie, a nie to chcę głosić, nie to przez sztukę pragnę przekazywać ludziom. Powinnam już przyzwyczaić się do tego, że każda moja miłość kończy się w ten sposób. Miłość do ludzi została mi zabrana, matkę i ojca zamordowano, a... Jackson jest szczęśliwy z kimś innym. Miłość do aktorstwa spłonęła wraz z pierwszym pociskiem wycelowanym w budynek naszego teatru.
          Czuję się czasem tak jakby nie zostało we mnie nic z człowieka, tylko pusta skorupa, która walczy o ideały, które kiedyś były dla niej ważne. Oczywiście mam przyjaciół, ale nasza przyjaźń jest tak samo krucha jak moje człowieczeństwo. Bo każdy z nas wie, że na wojnie i w miłości wszystkie chwyty dozwolone. A kiedy te dwie sprawy mieszają się ze sobą robi się już zupełnie niebezpiecznie.
- Joon! Wstałaś już? Pamiętaj, że masz dziś bardzo ważne spotkanie! - słyszę krzyk cioci zza drzwi.
          Oczywiście, że pamiętam, załatwiła mi pracę w jednej z kawiarni, do której przychodzili, ci nietykalni i najbogatsi ludzie z Korei. Nie chciałam tego, ale nie mam wyboru, przecież nie mogę cały czas utrzymywać się z pieniędzy cioci, to i tak nadzwyczaj miłe z jej strony, że pozwoliła mi u siebie zamieszkać. Dlatego muszę tam iść i udawać miłą. Jak już wspominałam jestem dobrą aktorką, więc nie będę mieć z tym problemów.
          Ubrana i umyta wchodzę do kuchni gdzie zastaję ciocię czytającą jakąś gazetę. Aż boję się pytać co dzieje się w mieście, więc po prostu ją mijam i podchodzę do jednej z szafek aby zjeść jakieś szybkie śniadanie.
-Ciociu, wychodzę.
- Dobrze kochanie. Pamiętaj, żeby na siebie uważać. - jak zawsze na pożegnanie całuje mnie w czoło.
-Kocham cię do zobaczenia.
          Za każdym razem kiedy się z kimś żegnam myślę o tym, że być może już więcej tej osoby nie spotkam. To nie jest dobre, zdaje sobie z tego sprawę, ale taka jest prawda, a ja po prostu nie potrafię się oszukiwać. Popełniłam już raz ten błąd nie powiedziałam mamie przed wyjściem, że ją kocham. Teraz mimo iż zdaję sobie sprawę, że ona o tym doskonale wiedziała, czuję jakąś niewypełnioną pustkę w sercu. Przeraża mnie świadomość, że już jej być może nie wypełnię.
          Cała droga mija mi na rozmyślaniu o tym czy aby to na pewno jest dobry pomysł. Ale ostatnie stwierdzam, że nie mam innego wyboru. Ciocia musiała się natrudzić aby to zorganizować i nawet nie chce myśleć co zrobiła, abym mogła dostać tę szansę.
-Dzień Dobry. - pogardliwa mina kobiety za kontuarem tylko utrzymuje mnie w przekonaniu, że to nie miejsce, dla takiego plebsu jak ja. Zapewne myśli, że jestem wariatką i chce tu zjeść. - Miałam się tu stawić na rozmowę o pracę.
- Ah, no tak jak mogłam zapomnieć. Proszę iść za mną. - od razu zrozumiała co taki człowiek jak ja tu robi.
          Rozmowa o pracę trwa tylko chwilę i jest monologiem szefa tej kawiarenki. Uczula mnie na podsłuchiwanie i przekazywanie tajnych wiadomości. Opowiada krótko jak mam się zachowywać przy klientach. Muszę przyznać, że słysząc o tajnych informacjach ciarki przechodzą mi po plecach. Prawda jest taka, że jestem przeciwko nim, ale cóż... przecież mu tego nie powiem.
-Wszystko jest dla ciebie jasne? Czy muszę coś jeszcze powtórzyć? - jego pytanie brzmi trochę jak groźba, więc szybko kręcę głową dając znak, iż wszystko rozumiem. -Cieszę się, zaczniesz od jutra. Masz być punktualnie o dziewiątej w pracy.
          Wychodząc z tego dusznego budynku łapczywie łapię oddech. Czuję się jakbym przez całą rozmowę nie oddychała. Nie ma co ukrywać przerażają mnie tacy ludzie. Dlatego nie nadaje się do życia w tych czasach, mam wrażenie, że urodziłam się za wcześnie, albo za późno. Jakbym przeniosła się w czasie, mam nieco inne myślenie niż ludzie wokół. Nieraz zwracano mi na to uwagę kiedy byłam dzieckiem.

          Życie na tym świecie, wśród tych ludzi to chyba nie jest moje przeznaczenie...


`````````````````

          Mam nadzieję, ze rozdział jest znośny, jakoś w połowie opuściła mnie wena. Przepraszam i mam nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej! 

4 komentarze:

  1. Bardzo fajnie się czytało. Świetnie opisujesz wszystkie te wydarzenia :-)
    Czekam na ciąg dalszy i pozdrawiam :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Wow, jest genialnie. Czuć wojnę, a to plus, bo w niektórych opowiadaniach (na przykład w moim </3) sprawa wygląda zupełnie inaczej. Szybko się czytało, bo oczywiście bardzo krótkie, ale rozumiem. Wiem, że nie przepadasz za pisaniem długich rozdziałów, a szkoda, bo Twój styl pisania jest lekki i bardzo szybko się wszystko czyta.
    Główna bohaterka jest, hm, w sumie jeszcze nie zdołałam jej rozgryźć, ale póki co mnie nie denerwuje, więc jest ok. W sumie to nie mogę się doczekać, by poznać resztę bohaterów, bo mimo, że jest to GOT7 to hej, może być ciekawie.
    I ogólnie życzę duuuużo weny i szybkiego pisania, bo chcę więcej :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Mimo że rozdział by krótki przyjemnie się go czytało. Szkoda mi Joonjin, widać, że bardzo chce pozostać sobą mimo niesprzyjającym ku temu okolicznościom. Ten fragment teatrze i miłości, o tym, że zamordowano jej rodziców a Jackson jest szczęśliwy z kimś innym jest moim ulubionym. Niecierpliwie czekam na kolejną część i życzę dużo weny.

    OdpowiedzUsuń
  4. Fajnie się to czyta ^^ Tylko (ale to moja opinia) wydaje mi się, że opisy są trochę przydługie. Nie obraź się xD Ale oprócz tego fabuła wojny bardzo mi się spodobała, więc biorę się za kolejny rozdział ^^

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy