środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział (2)

Jackson


               Ludzie mówią, że największe zagrożenie dla nas to wojna, że ona nas niszczy, zabiera wszelkie dobro i człowieczeństwo.
               Dla mnie i Marka zagrożenie zawsze było podwójne. Wbrew wszystkiemu i wszystkim pokochaliśmy się. Nie platoniczną miłością dwojga przyjaciół, ale prawdziwą, nierozerwalną i gorącą. Taką, że żadna katastrofa czy destrukcyjna moc nie mogła nas rozdzielić. Rozpatrywanie tego czy robimy dobrze czy nie sprowadziliśmy do jednego pytania: „Czy miłość jest dobra?”. Jest. A więc my też jesteśmy, nie ważne co mówią ci nie znający nas ludzie.

.○○○○.

- Spędzanie czasu z przyjaciółmi jest cudowne, ale gdybym musiał wybierać, wolałbym zostać tylko z tobą na zawsze. W miejscu gdzie nikt i nic by nam nie przeszkadzało. W miejscu gdzie nikt, nie przejmowałby się tym jacy jesteśmy. Założylibyśmy kochającą się, dwuosobową rodzinę. Małą, ale szczęśliwą. - na tym Mark kończy swój monolog, ciągle wtulając się w moje ramie.
- Myślę tak samo... Nam już przed wybuchem tej masakry było ciężko, teraz jest po prostu trudniej. - mówiąc składam bardzo delikatny pocałunek na jego skroni.
- Jackson... Kocham cię.
- Kocham cię. - moja odpowiedź na te dwa słowa nigdy brzmi „Ja ciebie też”, bo to nie jest wyznanie miłości, a ja pragnę mu ją wyznawać.
               Mógłbym tak w nieskończoność, jedynie leżeć, przytulać, całować i kochać. Mark to moje największe uzależnienie. Ludzie... reszta ludzi, jest przy nim niczym. Jedynie scenografią poukładaną w naszej tragicznej sztuce.
               Gdyby nie grupa naszych przyjaciół nie było by teraz tak kolorowo. Musimy się co prawda ukrywać, ale przynajmniej jesteśmy razem. To oni jako pierwsi tak naprawdę zauważyli nasze uczucia i „popchnęli nas” ku sobie.
               Bo jak można go nie kochać? Tych ciemnych oczu, pięknych, czarnych jak smoła włosów, aksamitnego głosu. Delikatnej skóry, której mógłbym dotykać bez końca, ona jest uzależnieniem, którego nigdy nie będę chciał pozbyć się z mojego życia.
               Cieszę się, że wszyscy, którzy są dla nas ważni, akceptują i wspierają nas we wszystkim. Dlaczego wszyscy zamiast szerzyć nienawiść nie mogą po prostu szanować drugiego człowieka? Zamiast akceptacji i szacunku mamy mnóstwo ludzi, którzy jak tylko by się dowiedzieli, domagaliby się zabicia nas.
- O czym myślisz? - mruczy Mark, prawie zasypiając w moich ramionach.
- O tym, że cię kocham, jesteś dla mnie najważniejszy na świecie i zrobiłbym dla ciebie wszystko.
               Jego uśmiech rekompensuje mi wszystkie niesprawiedliwości jakie musiałem znieść, a raczej musieliśmy znieść, aby móc być tu razem.
- Podziwiam JoonJin. - jego słowa są dla mnie bardzo niespodziewane, więc w pierwszej chwili nie mam pocięcia co mu na to odpowiedzieć. Szybko mnie jednak wyręcza kontynuując – No bo wiesz... Ona cię naprawdę mocno kochała, a mimo to nadal jest naszą przyjaciółką. Co więcej nie popiera takich związków, a mimo to kocha nas, wspiera i szanuje. Powinniśmy być jej za to dozgonnie wdzięczni.
               Potrzebuję chwili aby to przemyśleć, on chyba ma racje. Jin była we mnie zakochana, wszyscy to zauważyliśmy. Ale ona wolała abyśmy byli szczęśliwi razem. Myślę, że właśnie to pokazuje jak silna i prawdziwa była jej miłość do mnie.
- To nasza najlepsza przyjaciółka, nie bez powodu.
- Wiem. - odpowiada tylko.
               Mark jest naprawdę mądry. Piękny i mądry. Jak ideał. Nigdy bym nie przypuszczał, że trafi mi się ktoś tak wyjątkowy. I cudowny.
- Jackson? Do kiedy możemy tutaj zostać? - pyta niespokojnie spoglądając w stronę drzwi.
- Jeszcze dwa dni. Potem musimy poszukać czegoś nowego. To niebezpieczne ukrywać nas tak długo. Jeśli ktoś rozpozna chiński akcent...
- Weźmiesz mnie do Ameryki kiedy to wszystko już się skończy? Zawsze marzyłem żeby tam pojechać – jego rozanielona twarz sprawia, że mam ochotę całować go bez końca.
- Oczywiście, pojedziemy tam razem.
               Gdyby ktoś kazał mi wybierać pomiędzy Markiem i wolnością wybrałbym jego. Zresztą wybrałbym go w każdej opcji. To jest jedyna rzecz pewna i stała w moim życiu. Kocham go.
               Gdzieś w oddali słyszę huk wybuchającej bomby. Boję się, mimo że powinienem być silniejszy, chronić moją miłość. Wciąż nie wiem dlaczego spotkało mnie takie szczęście. Skoro Bóg nas nie kocha to dlaczego daje nam to wszystko. Nie tak to działa? Moje życie nie powinno być pełne przykrości i pecha?

.○○○○.

               Kilka tygodni temu stanąłem przed trudnym wyborem. Mogłem już na samym początku wyjechać do Ameryki. Było to proste ponieważ dawniej tam mieszkałem i miałem tam dużą rodzinę. Nie miałem jednak możliwości aby zabrać ze sobą Marka. I mimo, że kocham moją rodzinę, wybrałem jego. Oczywiście nigdy mu o tym nie powiedziałem. Byłby zły.
               Poznaliśmy się kiedy byłem wolontariuszem w domu dziecka, w którym się wychował. Urzekła mnie jego delikatność. Wtedy oczywiście nie myślałem o tym jak o miłości, wmawianie sobie, że o tylko dobry przyjaciel było o wiele prostszym i wygodniejszym wyjściem. Spotykaliśmy się raz w tygodniu, kiedy już skończyłem wolontariat wbrew pozorom spędzałem z nim jeszcze więcej czasu.
               Najtrudniej było kiedy skończył osiemnaście lat. Wiedziałem, że boi się tego. Już wtedy wiedziałem, że zrobiłbym dla niego wszystko. Porozmawiałem więc z rodzicami a oni zgodzili się aby wynająć mu pokój, który został pusty od kiedy moja starsza siostra na stałe przeniosła się do Ameryki. Mieszkanie z nim w jednym domu, było chyba jednym najlepszych okresów mojego nastoletniego życia. Mimo, że ciągle biłem się z myślami zadręczając się moimi nieodgadnionymi dotąd uczuciami.
               Pewnego dnia, tuz po rozstaniu z JoonJin nie wytrzymałem i pocałowałem go. To było... niesamowite. W końcu czułem, że robię coś dobrze, tym bardziej, że mnie nie odepchnął. Było mi nawet łatwiej pogodzić się z byłą dziewczyną kiedy zrozumiała dlaczego ją zostawiłem. To było chyba najpiękniejsze kilka miesięcy w moim życiu. Wszystko nagle się ułożyło, wystarczyło, że podjąłem jedną właściwą decyzję.

.○○○○.

- Mark, musimy już iść. - oznajmiam odciągając chłopaka od nagrobka jego poległych rodziców.
               Gdyby to ode mnie zależało mógłby tu siedzieć ile tylko zechce. Przynosiłbym mu jedzenie i wszystko co potrzebne, bo to jest dla niego ciężkie. Ale nie mogę pozwolić na to aby ktoś go tu znalazł. Gdyby musiał pokazać dokumenty... Niby mamy jakieś fałszywki, ale mimo wszystko nie chce ryzykować. Teraz kiedy nie działamy dla komunistów, a jednocześnie jesteśmy z Chin zagrożenie jest podwójne.
- Kiedyś, być może niedługo znów was zobaczę.

               Jego szept szarpie moje serce. Mówi to prawie dotykając ustami ziemi, ale dla mnie to brzmi jak krzyk. Wołający o pomoc, której ja nie mogę mu dać. Mimo mojej miłości. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przepraszam, że tak późno, ale mam wakacje I MOGĘ! A tak serio to wolę spędzać czas aktywnie, a nie przed komputerem, mam życie i musicie to zaakceptować, jeśli chcecie czytać. 
Ale już tak bardziej miło to KOCHAM WAS za iść komentarzy i wyświetleń, jesteście najlepsi. 
PISZCIE CO JEST NIE TAK POSTARAM SIĘ POPRAWIĆ!

1 komentarz:

  1. Czuję miłość marksona tak bardzo ;; Boże, ja już Ci mówiłam, że marzy mi się taka uzależniona miłość, ale fmjesnf to było piękne.
    Poproszę więcej takich i przede wszystkim dłuższych cioto, bo nie dość, że długo nie dodajesz, to jeszcze takie krótkie! :P

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy