niedziela, 23 sierpnia 2015

Rozdział (5)

JongJae


                  Lubicie muzykę? Jeśli nie to pewnie, nie zrozumiecie mnie w wielu kwestiach. Ja kocham muzykę. Kiedy moje struny głosowe drgają podczas śpiewania czuję, że żyję, i właśnie tak powinno wyglądać moje życie. Jeśli do tego dodam palce, które gładko przesuwają się po klawiszach fortepianu. Te dwa dźwięki, mój głos i fortepian potrafią uczynić mnie szczęśliwym na bardzo długo.
                  Codziennie wieczorem modlę się do Boga dziękując za mój głos, za to, że mogę się spełniać w swojej pasji. Bo gdyby coś stało się z moim gardłem, chyba nie potrafiłbym dłużej żyć...
                  to dla mnie oderwanie do rzeczywistości, od świata w którym żyjemy. Jestem tylko ja i instrument, na którym gram. Razem potrafimy stworzyć dzieło, skłonić drugiego człowieka do płaczu, lub uśmiechu. Dwa zmysły, słuch i mowa. Ma je każdy, ale tak na prawdę nie każdy potrafi się nimi posługiwać. A niektórzy nie mogą...

.○○○○.

                  Mieszkam sam, tak naprawdę to żyję sam, nie mam nikogo bliskiego. Moja najbliższa rodzina została zamordowana. Minęło już sporo czasu od tego wydarzenia, mówię o tym ze spokojem, bo po części już pogodziłem się z tą stratą mimo, że zawsze będę za nimi tęsknił, to nie mogę użalać się nad sobą do końca życia, oni by tego nie chcieli. Ale mieszkanie samemu ma też plusy, jak to, że w tym tygodniu mogą zamieszkać u mnie Jackson i Mark.
                  Gdybym mieszkał z rodzicami bałbym się ich narażać, po za tym nie miałbym miejsca, a tak mogę im pomóc chociaż tak. No i oczywiście mogę spędzić z nimi więcej czasu. Bo nawet jeśli mdli mnie od tych czułości, to wciąż moja jedyna rodzina, są dla mnie jak bracia, zresztą tak samo jak reszta.
- Jae... - słyszę głos Marka, który jak najdelikatniej tylko może przerywa mi grę na pianinie – Mogę zrobić sobie herbaty? Jackson dopiero poszedł na zakupy, a mi chce się pić.
- Oczywiście, że możesz, nie potrzebnie pytasz. - mówię, z szerokim uśmiechem na ustach, bo Mark jest taki słodki. - Jest w szafce nad zlewem.
- Dziękuję bardzo. - oznajmia cicho i wychodzi.
                  Zazdroszczę Jacksonowi takiej miłości. Tego, że ma się o kogo troszczyć i do kogo wracać. Że jego miłość nie jest okropna jak niektóre z dziewczyn JB, których nigdy nie lubiłem, bo nie robiły nic oprócz ślinienia się na widok przystojnego chłopaka. Zazdroszczę mu tej stałości w życiu, pomimo że tak naprawdę nie powinien jej teraz mieć. Nie wiem jak to nazwać, ale tak naprawdę nigdy nie robiło mi wielkiej różnicy to czy podoba mi się chłopak czy dziewczyna*. Wiem, że dla otoczenia to było złe, chore. Ale ja od zawsze wiedziałem, że płeć nie ma dla mnie znaczenia, liczy się tylko miłość.
                  Kiedy zaczynam odczuwać ból w rękach przerywam grę. Wiem, że nie wolno mi grać aż tak długo, bo w końcu zniszczę swoje kości tak, że już nigdy nie zagram. Ale to naprawdę czasem jest silniejsze ode mnie. Kiedy jestem smutny to gram, zresztą kiedy odczuwam inne silne emocje, też gram. A ponieważ zazwyczaj nie mam z kim porozmawiać o tym co dzieje się wokół mnie, pianino stało się moim największym przyjacielem. Nie umniejszając oczywiście tego, że mam siedmioosobową rodzinę, która kocham i to również moi przyjaciele.
- Jae? - tym razem do mojego pokoju wchodzi Jackson, który wcale nie stara się zachowywać cicho – Zrobiłem obiad, zostaw na chwilę swoją dziewczynę i choć zjeść.
                  Mówiąc o dziewczynie ma oczywiście na myśli moje pianino. Śmieje się tylko na jego słowa i idę za nim do mojej kuchni. Stoi w niej mały stolik, który jest w stanie pomieścić cztery osoby, jak dla nas jest idealny.
- Ty w ogóle jesz, kiedy jesteś sam w domu? - pyta śmiejąc się nadal Jackson.
- Nie. - odpowiadam, specjalnie siląc się na poważny ton i niewzruszoną mimikę twarzy.
Po chwili milczenia, kiedy chłopaki zdają sobie sprawę z tego, że żartuję wybuchamy głośnym śmiechem. Trzeba przyznać, że dawno się tak szczerze nie śmiałem. Życie obecnie jest zbyt smutne, żeby śmiać się z niczego. A jednak, Jackson jest idealnym przykładem na to, ze można, jeśli się tylko chce. To chyba najbardziej pozytywna osoba w całej naszej grupie, mimo że zwykle ma najtrudniej.
- Dziś po południu mamy spotkać się z resztą. - oznajmiam wesoło.
- Stęskniłem się za wszystkimi. - mówi Mark jak zwykle nieśmiało i pod nosem.

.○○○○.

                  Uśmiechy bliskich osób są bardziej wartościowe niż złoto. Uśmiechy bliskich osób sprawiają, że czujesz się szczęśliwszy niż gdybyś sam się uśmiechał. Nie ma nic piękniejszego niż my wszyscy, razem.                                   Rozumiejąc się bez słów, śmiejąc się i żartując, mimo że za oknem wybucha kolejna bomba, i umiera kolejny człowiek. Bo kiedy jesteśmy razem nic nie jest nam straszne.
                  Czasem czuję się jak matka. Zwłaszcza jeśli w moim towarzystwie pojawi się Yugyeom. Tak właściwie to tylko wtedy. On jest taki młody i niewinny, patrząc na niego odczuwam tak silne emocje, że mam ochotę tulić go w ramionach i nigdy nie puszczać. To nie sprawiedliwe, bo nasza para, Mark i Jackson naprawdę tak może. A ja nie. Bo ja jestem zbyt nieśmiały. A on zdecydowanie zbyt młody.
- O czym tak myślisz hyung? Coś się stało? - jego głos przy moim uchu to zdecydowanie zbyt dużo. Wspominałem już, że lubię tego dzieciaka?
- Zastanawiam się czy spotkam kiedyś miłość. - odpowiadam prosto z mostu, bo wiem, że on i tak ię nie domyśli, a mógłby wyczuć, że kłamie.
- Nie zastanawiaj się czy spotkasz miłość. Zanim się obejrzysz miłość spotka ciebie, zobaczysz! - jego uśmiech.
Kiedy kończy swoją wypowiedź przytula się mocno do mojego boku, a ja nie potrafię go odtrącić, nawet jeśli jego dotyk w pewien sposób pali i jest niewygodny, to wciąż jest mi przyjemnie.

.○○○○.

                  Tego wieczoru jestem naprawdę roztrzepany. Ciągle coś wypada mi z rąk i nie mogę znaleźć sobie miejsca. A wszystko to dlatego, że parę godzin temu zorientowałem się, że spotkałem miłość, a potem rozminąłem się z nią bo mnie nie zauważyła.
- Jae... - jak widać Jack już nie może znieść mojego melancholijnego nastroju, gdyby tylko wiedział... - powinieneś powiedzieć Yeom'owi, że ci się podoba.
Przysięgam, że gdybym właśnie coś pił, to bym to wypluł. Skąd on wie?!
- C-co? O czym ty mówisz? - próbuję jeszcze ratować sytuację, ale prawda jest taka, że jak on się uprze to nic już nie pomoże.
- Bo widzisz, wszyscy oprócz niego się już zorientowali. - mówi, odważnie jak na niego Mark.
- Ale on się nie zorientował. I lepiej niech tak zostanie. - przyznaje się w końcu.
- Ale dlaczego?
- Jest jeszcze taki młody. - prawie szepczę te słowa.
- Szanuję twoją decyzję, ale żebyś za późno nie zorientował się, że on uciekł ci sprzed nosa, pamiętaj, że trwa wojna. I nic na to nie poradzimy.
Cholera. Jackson chyba ma rację.



*Wtedy jeszcze nie było takch pojęć jak "bisksualny" dlatego JongJae nie wie jak nazwać swoje uczucia.

`````````````````````````````````````````````````

Tak trochę krótko i dziwnie, ale tak to czułam, więc już nie nie zmieniam. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba!
Bardzo proszę o zostawienie po sobie komentarza, choćby najkrótszego. ♥

1 komentarz:

  1. Ej dobra, ten rozdział jest zdecydowanie moim ulubionym. Nie dość, że markson, to jeszcze drugi paring i nowy fajny bohater.
    Kocham Cię za ten fortepian i tekst o dziewczynie, naprawdę ;;
    Chcę jeszcze plz ;;

    OdpowiedzUsuń

Obserwatorzy