Lubicie
muzykę? Jeśli nie to pewnie, nie zrozumiecie mnie w wielu
kwestiach. Ja kocham muzykę. Kiedy moje struny głosowe drgają
podczas śpiewania czuję, że żyję, i właśnie tak powinno
wyglądać moje życie. Jeśli do tego dodam palce, które gładko
przesuwają się po klawiszach fortepianu. Te dwa dźwięki, mój
głos i fortepian potrafią uczynić mnie szczęśliwym na bardzo
długo.
Codziennie
wieczorem modlę się do Boga dziękując za mój głos, za to, że
mogę się spełniać w swojej pasji. Bo gdyby coś stało się z
moim gardłem, chyba nie potrafiłbym dłużej żyć...
to dla mnie oderwanie do rzeczywistości, od świata w którym
żyjemy. Jestem tylko ja i instrument, na którym gram. Razem
potrafimy stworzyć dzieło, skłonić drugiego człowieka do płaczu,
lub uśmiechu. Dwa zmysły, słuch i mowa. Ma je każdy, ale tak na
prawdę nie każdy potrafi się nimi posługiwać. A niektórzy nie
mogą...
.○○○○.
Mieszkam
sam, tak naprawdę to żyję sam, nie mam nikogo bliskiego. Moja
najbliższa rodzina została zamordowana. Minęło już sporo czasu
od tego wydarzenia, mówię o tym ze spokojem, bo po części już
pogodziłem się z tą stratą mimo, że zawsze będę za nimi
tęsknił, to nie mogę użalać się nad sobą do końca życia, oni
by tego nie chcieli. Ale mieszkanie samemu ma też plusy, jak to, że
w tym tygodniu mogą zamieszkać u mnie Jackson i Mark.
Gdybym
mieszkał z rodzicami bałbym się ich narażać, po za tym nie
miałbym miejsca, a tak mogę im pomóc chociaż tak. No i oczywiście
mogę spędzić z nimi więcej czasu. Bo nawet jeśli mdli mnie od
tych czułości, to wciąż moja jedyna rodzina, są dla mnie jak
bracia, zresztą tak samo jak reszta.
-
Jae... - słyszę głos Marka, który jak najdelikatniej tylko może
przerywa mi grę na pianinie – Mogę zrobić sobie herbaty? Jackson
dopiero poszedł na zakupy, a mi chce się pić.
-
Oczywiście, że możesz, nie potrzebnie pytasz. - mówię, z
szerokim uśmiechem na ustach, bo Mark jest taki słodki. - Jest w
szafce nad zlewem.
-
Dziękuję bardzo. - oznajmia cicho i wychodzi.
Zazdroszczę
Jacksonowi takiej miłości. Tego, że ma się o kogo troszczyć i do
kogo wracać. Że jego miłość nie jest okropna jak niektóre z
dziewczyn JB, których nigdy nie lubiłem, bo nie robiły nic oprócz
ślinienia się na widok przystojnego chłopaka. Zazdroszczę mu tej
stałości w życiu, pomimo że tak naprawdę nie powinien jej teraz
mieć. Nie wiem jak to nazwać, ale tak naprawdę nigdy nie robiło
mi wielkiej różnicy to czy podoba mi się chłopak czy dziewczyna*.
Wiem, że dla otoczenia to było złe, chore. Ale ja od zawsze
wiedziałem, że płeć nie ma dla mnie znaczenia, liczy się tylko
miłość.
Kiedy
zaczynam odczuwać ból w rękach przerywam grę. Wiem, że nie wolno
mi grać aż tak długo, bo w końcu zniszczę swoje kości tak, że
już nigdy nie zagram. Ale to naprawdę czasem jest silniejsze ode
mnie. Kiedy jestem smutny to gram, zresztą kiedy odczuwam inne silne
emocje, też gram. A ponieważ zazwyczaj nie mam z kim porozmawiać o
tym co dzieje się wokół mnie, pianino stało się moim największym
przyjacielem. Nie umniejszając oczywiście tego, że mam
siedmioosobową rodzinę, która kocham i to również moi
przyjaciele.
-
Jae? - tym razem do mojego pokoju wchodzi Jackson, który wcale nie
stara się zachowywać cicho – Zrobiłem obiad, zostaw na chwilę
swoją dziewczynę i choć zjeść.
Mówiąc
o dziewczynie ma oczywiście na myśli moje pianino. Śmieje się
tylko na jego słowa i idę za nim do mojej kuchni. Stoi w niej mały
stolik, który jest w stanie pomieścić cztery osoby, jak dla nas
jest idealny.
-
Ty w ogóle jesz, kiedy jesteś sam w domu? - pyta śmiejąc się
nadal Jackson.
-
Nie. - odpowiadam, specjalnie siląc się na poważny ton i
niewzruszoną mimikę twarzy.
Po
chwili milczenia, kiedy chłopaki zdają sobie sprawę z tego, że
żartuję wybuchamy głośnym śmiechem. Trzeba przyznać, że dawno
się tak szczerze nie śmiałem. Życie obecnie jest zbyt smutne,
żeby śmiać się z niczego. A jednak, Jackson jest idealnym
przykładem na to, ze można, jeśli się tylko chce. To chyba
najbardziej pozytywna osoba w całej naszej grupie, mimo że zwykle
ma najtrudniej.
-
Dziś po południu mamy spotkać się z resztą. - oznajmiam wesoło.
-
Stęskniłem się za wszystkimi. - mówi Mark jak zwykle nieśmiało
i pod nosem.
.○○○○.
Uśmiechy
bliskich osób są bardziej wartościowe niż złoto. Uśmiechy
bliskich osób sprawiają, że czujesz się szczęśliwszy niż
gdybyś sam się uśmiechał. Nie ma nic piękniejszego niż my
wszyscy, razem. Rozumiejąc się bez słów, śmiejąc się i
żartując, mimo że za oknem wybucha kolejna bomba, i umiera kolejny
człowiek. Bo kiedy jesteśmy razem nic nie jest nam straszne.
Czasem
czuję się jak matka. Zwłaszcza jeśli w moim towarzystwie pojawi
się Yugyeom. Tak właściwie to tylko wtedy. On jest taki młody i
niewinny, patrząc na niego odczuwam tak silne emocje, że mam ochotę
tulić go w ramionach i nigdy nie puszczać. To nie sprawiedliwe, bo
nasza para, Mark i Jackson naprawdę tak może. A ja nie. Bo ja
jestem zbyt nieśmiały. A on zdecydowanie zbyt młody.
-
O czym tak myślisz hyung? Coś się stało? - jego głos przy moim
uchu to zdecydowanie zbyt dużo. Wspominałem już, że lubię tego
dzieciaka?
-
Zastanawiam się czy spotkam kiedyś miłość. - odpowiadam prosto z
mostu, bo wiem, że on i tak ię nie domyśli, a mógłby wyczuć, że
kłamie.
-
Nie zastanawiaj się czy spotkasz miłość. Zanim się obejrzysz
miłość spotka ciebie, zobaczysz! - jego uśmiech.
Kiedy
kończy swoją wypowiedź przytula się mocno do mojego boku, a ja
nie potrafię go odtrącić, nawet jeśli jego dotyk w pewien sposób
pali i jest niewygodny, to wciąż jest mi przyjemnie.
.○○○○.
Tego
wieczoru jestem naprawdę roztrzepany. Ciągle coś wypada mi z rąk
i nie mogę znaleźć sobie miejsca. A wszystko to dlatego, że parę
godzin temu zorientowałem się, że spotkałem miłość, a potem
rozminąłem się z nią bo mnie nie zauważyła.
-
Jae... - jak widać Jack już nie może znieść mojego
melancholijnego nastroju, gdyby tylko wiedział... - powinieneś
powiedzieć Yeom'owi, że ci się podoba.
Przysięgam,
że gdybym właśnie coś pił, to bym to wypluł. Skąd on wie?!
-
C-co? O czym ty mówisz? - próbuję jeszcze ratować sytuację, ale
prawda jest taka, że jak on się uprze to nic już nie pomoże.
-
Bo widzisz, wszyscy oprócz niego się już zorientowali. - mówi,
odważnie jak na niego Mark.
-
Ale on się nie zorientował. I lepiej niech tak zostanie. -
przyznaje się w końcu.
-
Ale dlaczego?
-
Jest jeszcze taki młody. - prawie szepczę te słowa.
-
Szanuję twoją decyzję, ale żebyś za późno nie zorientował
się, że on uciekł ci sprzed nosa, pamiętaj, że trwa wojna. I nic
na to nie poradzimy.
Cholera.
Jackson chyba ma rację.
*Wtedy
jeszcze nie było takch pojęć jak "bisksualny" dlatego
JongJae nie wie jak nazwać swoje uczucia.
`````````````````````````````````````````````````
Tak trochę krótko i dziwnie, ale tak to czułam, więc już nie nie zmieniam. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba!
Bardzo proszę o zostawienie po sobie komentarza, choćby najkrótszego. ♥
Ej dobra, ten rozdział jest zdecydowanie moim ulubionym. Nie dość, że markson, to jeszcze drugi paring i nowy fajny bohater.
OdpowiedzUsuńKocham Cię za ten fortepian i tekst o dziewczynie, naprawdę ;;
Chcę jeszcze plz ;;