czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział (4)

Junior



               Bycie zwykłym szarym człowiekiem jest złe? Bo ludzie ciągle mówią, że nie można być takim jak inni, trzeba być sobą. A co to znaczy być sobą? Nie mam pojęcia. Mój problem polega na tym, że jestem zwykły, nawet w obecnych niespokojnych czasach nie wyróżniam się zbytnio. Moi rodzice żyją i jak na razie nie grozi im niebezpieczeństwo, chociaż to nigdy nie jest pewne. Pracuje codziennie po kilka godzin. Mam nawet cholernego psa, który zabiera mi jedzenie, mimo, że samemu ciężko mi przeżyć.
               Nie ma we mnie nic niezwykłego oprócz ludzi, którymi się otaczam, oni zdecydowanie są niezwykli. Dlatego pewnie nawet nie pomyśleli o mnie kiedy wpadli na pomysł z pisaniem pamiętników. A kiedy powiedziałem im o moich wątpliwościach powiedzieli mi jedno. „Twoje zwykłe życie, jest teraz niezwykłe”. Chyba mieli rację...

.○○○○.

               Budzi mnie wycie syren policyjnych na jednej z sąsiednich ulic. Co jak co, ale ten dźwięk zawsze wzbudzał we mnie niepokój. Kiedy sygnał mija na powrót zamykam oczy bo jest jeszcze wcześnie a dzisiaj próby w teatrze zaczynają się później. Jednak strach, który wzburzył się we mnie nie zdążył jeszcze opaść co znaczy, że i tak nie usnę. Otwieram, więc oczy i postanawiam poleżeć po prostu w ciszy, bo taki spokój rzadko mi się przytrafiał.
               Nadal pracuję w teatrze nie potrafiłem odejść jak Joon, bo to rzecz, którą oddycham. Jak Mark i Jackson, tak ja i teatr. To jest moja największa i jedyna miłość. I mimo że nie zgadzam się z każdym przedstawieniem, które gramy, cieszę się jak dziecko, które dostało coś słodkiego kiedy tylko wychodzę po raz kolejny na scenę. Na szczęście moja przyjaciółka nie miała nic przeciwko, zdaje sobie sprawę z tego jak jest teraz ciężko o pracę i poniekąd rozumie moją decyzję.
- Junior! - nawet moja mam woła do mnie pseudonimem, czasem myślę, że w czasie wojny imiona nie istnieją.
- Już wstaję! - odpowiadam, niezbyt głośno bo wiem, że mogłoby to zdenerwować moich sąsiadów.
               Nieco ospały podchodzę do swojej szafy i wyciągam z niej wygodne ubrania, nie zamieram się stroić do pracy. Następnie udaję się do łazienki na szybki prysznic, który jest wybawieniem dla moich zastałych po nocy mięśni. Stojąc po strumieniami wody przypominam sobie o bardzo istotniej rzeczy, mianowicie, dziś mam spotkanie z przyjaciółmi, wizja tego napawa mnie takim optymizmem, że niemal od razu wyskakuje spod prysznica i biorę się za pozostałe rutynowe czynności.
               Możliwość zobaczenia się razem w pełnym gronie nie zdarza się ostatnio zbyt często, więc trzeba brać z nich garściami i wykorzystywać w pełni.

.○○○○.

               Najgorsze są te momenty kiedy propaganda widoczna w sztuce jest tak rażąca, że zadaje sobie pytanie czy grając w niej nie robię ludziom krzywdy. Niestety gdybym z tym skończył nie wiem czy poradziłbym sobie z tym co nas otacza, bo jak złe by to nie było, mimo wszystko daje chwilę zapomnienia, sprawia, że zapominam na tę godzinę lub więcej o wojnie. To jest jak oddech świeżego powietrza po wyjściu z płonącego budynku, tak utęskniony kiedy otacza cię smog i dym.
               Wtedy zwykle płaczę. Tak, jestem facetem i płaczę, cóż nic na to nie poradzę, to mój sposób na odreagowanie. A kiedy każde słowa pocieszania zawodzą nie pozostaje mi nic innego, jak tylko płacz. Mama przyzwyczaiła się do tego, że często płacze i już nawet nie zagląda do mojego pokoju, kiedy mam te chwile słabości.
               Mówi się, że mężczyźni nie płaczą, jestem trochę innego zdania. Prawdziwy mężczyzna nie boi się płakać. Jest na tyle silny, że nie wstydzi się pokazać słabości, które każdy z nas zna.
- Ej ty! - ogarnia mnie fala irytacji, kiedy słyszę ten piskliwy głosik, skierowany w moją stronę. - Wróć na ziemie i graj bo inaczej się pożegnamy i już nie będzie tak miło.
.○○○○.

- Jesteś w końcu! - oznajmia na przywianie najmłodszy z nas Yugyeom, zdążyłem się już przyzwyczaić do jego „miłych” powitań.
- Cześć, też się cieszę, że was widzę. - czuję, że mój uśmiech wychodzi daleko poza normę.
               Czas spędzony z nimi zawsze jest miły, nie ważne jaki wiadomości mają do przekazania, czy są one smutne czy raczej radosne. Po prostu czuję się jakbym był z moją zaginioną rodziną. I poniekąd tak właśnie jest, bo to moja rodzina. Tak ich taktuję, myślę zresztą, że z wzajemnością.
- Jak tam w teatrze? - nie pierwszy raz słyszę to pytanie, mimo wszystko nadal nie wiem co na nie odpowiedzieć.
- Jak na razie nie jest tak źle... - wymijająca odpowiedź sprawia, że w oczach moich przyjaciół zauważam wyraźną troskę. - Nie czuję się tak jakoś wyśmienicie, ale nie potrafiłbym odejść. - prostuje.
- Rozumiem cię, czasem sama trochę żałuję, że podjęłam tą decyzję.
               Gdyby alfabet tak bardzo nie ograniczał człowieka chętnie opisałbym wam jej wyraz twarzy, to co mówią jej oczy, mimika. Jednak nie jestem w stanie, mogę wam tylko powiedzieć o smutku i tęsknocie, jaką widzę.
- A ja czasem żałuję, że nie. Może po prostu z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia?
               Chyba tak właśnie jest, w czasie tego konfliktu, nie ma dobrych decyzji. Czasem są lepsze i gorsze, a czasem nie ważne co wybierzesz i tak jest źle. To okropne, bo człowiek czuję się tak zdezorientowany i zagubiony, że wielu sobie z tym nie radzi. Mimo, że zawsze byłem dość pogodnym człowiekiem, kochającym i doceniającym życie, to przez to wszystko już kilka razy naszły mnie myśli samobójcze. Na szczęście, mimo że nikomu o nich nie powiedziałem zdołałem się wydostać z tych ruchomych piasków depresji.
               Dlaczego porównuję ruchome piaski do depresji? Jeśli tego nie przeżyliście, możliwe że nie zrozumiecie. Kiedy człowiek jest tak złamany, tak że wszystko widzi w czarnych barwach, próbując się wydostać tylko zagłębia się w tym bagnie i jeśli w porę nie zorientuje się, że coś jest nie tak, może zostać całkowicie pochłonięty.

.○○○○.

               Nigdy nie byłem prawdziwie zakochany, mogę obwiniać o to wojnę, ale prawda jest taka, że sam sobie zawiniłem moim wstydliwym charakterem, i brakiem jakiegokolwiek obycia z dziewczynami. Jedyne dwie kobiety, z którymi potrafię się w miarę dogadać to mama i JoonJin. A nawet w ich towarzystwie nie czuję się zbyt komfortowo. Prawda jest taka, że dobrze czuję się tylko w towarzystwie swojego pieska, Astra. Bo kto zrozumie mnie lepiej niż on. Głównie dlatego, że nic nie odpowiada kiedy do niego mówię...
               To nie tak, że jakoś bardzo chce się zakochać, ale kiedy widzę Marka i Jacksona, albo jakąś parę zakochanych na ulicy czuję, że też chciałbym się do kogoś przytulić, poczuć się bezpiecznie w ramionach drugiej osoby, która czuję do ciebie to co ty do niej, jest ci oddana i wierna.

               Niestety jak na razie chyba będę musiał zostać na etapie marzeń.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Szczerze mówiąc, niezbyt podoba mi się ten rozdział powstał z powodu braku pomysłu... No ale nie mi oceniać. Piszcie w komentarzach co tym sądzicie! ♥
Dziękuję, za wszystkie wyświetlenia i komentarze!

sobota, 15 sierpnia 2015

Rozdział (3)

Yugyeom


                 Mieliście kiedyś wrażenie, że jesteście niepotrzebni. Najsłabsi, trzeba się wami opiekować, więc i tak na nic się nie przydacie? Ja ciągle je miałem. Nie mogłem się go pozbyć i mam wrażenie, że nadal to gdzieś głęboko we mnie siedzi. Przez tyle lat bylem najmłodszy z grupy moich przyjaciół, dlatego zawsze, a zwłaszcza po wybuchu wojny obchodzili się, ze mną jak z jajkiem. Miałem siedemnaście lat, a oni myśleli, że są w stanie w jakiś sposób mnie ochronić? To było nie możliwe. Okropieństwa tego czasu dosięgnęły i mnie.

.○○○○.

                 Rozsadza mi brzuch ze zdenerwowania. Siedzę w ciemnym pomieszczeniu chowając się. Mama jest za ścianą rozmawia z jakimiś wojskowymi, boję się. Powiedziała, że śpię. Zaglądali tu więc oczywiście udawałem. Ona wie, że jestem zbyt zdenerwowany żeby z nimi rozmawiać. To chyba nie jest nic aż tak ważnego, bo nie obchodziło ich czy naprawdę śpię czy nie. Oni są straszni, dokładnie pamiętam jak przyszli po tatę.
- Kochanie, już poszli. - zawsze delikatny i miękki głos mojej mamy, uspokaja mnie na tyle, że przestaje się trząść. - Nic się nie dzieje, spokojnie.
- Mamo, jutro idę się z nimi zobaczyć. Po ostatniej naszej akcji minęło już trochę czasu, więc to względnie bezpieczne. A potem idę do szpitala, pomagać przy rannych. -mówię jej to bo wiem, że umierałaby ze strachu.
                 Po chwili milczenia, moja rodzicielka w końcu wychodzi. Opadam bezwładnie na łóżko i zamykam oczy. Kiedy jestem już pewien, że sobie poszła, po omacku podchodzę do szafki nocnej. Jak szybko tylko mogę chwytam za zapałki i zapalam świecę, która tam leży. Przyjemne, nikłe światło rozświetla pokój. Idealnie. Nie razi, ale pozwala widzieć w ciemnościach.
                 Na palcach podchodzę znów do łóżka i wyciągam z pod niego średniej wielkości pudełko. Kiedy je otwieram widzę mnóstwo jakiś skrawków papieru, jakieś rzemyki, pamiątki, ale dziś nie to mnie interesuje. Potrzebuję spokoju. Odkopuję parę nieco innych rzeczy. W moich rękach znajduje się kilka zdjęć. Zdjęcia sprawiają, że przenoszę się myślami do tamtych szczęśliwych dni, pełnych radości, beztroski.
                 Moje ulubione zdjęcie przedstawia te najważniejsze dla mnie osoby. Moich rodziców, starszą siostrę i oczywiście moich wspaniałych przyjaciół. Uśmiecham się na samo wspomnienie, tego dnia. Przez to przypominam trochę tego Yugyeoma ze zdjęcia.
                 Kiedy świeczka gaśnie a zdjęcia zostają schowane, no nowo w moim sercu pojawia się pustka i przerażenie. Nic tym nie zrobię, mogę jedynie zasnąć.

.○○○○.

                 Idę właśnie spotkać się z przyjaciółmi. Po mimo tego, że dość dobrze znam Seul trudno jest mi dotrzeć pod wskazany adres, w końcu nie będziemy się spotykać w jakiś typowych miejscach, w których łatwo byłoby nas odnaleźć. Na szczęście po pewnym czasie udaje mi się. Kiedy już kończę wyjaśniać właścicielom mieszkania kim jestem, w końcu mogłem ich zobaczyć.
                 Szczęście dosłownie rozsadza mnie od środka. Tak dawno ich nie widziałem...
Tęskniłem. - mówię na przywitanie. A widząc, że przerwałem w jakiejś dyskusji dodaje – O czym rozmawiamy?
- Znalazłam pracę. - w głosie Joon nie słyszę ani grama szczęścia, wydaje mi się wręcz przybita.
- To źle? - czuję, się dziwnie z tym, że chyba jako jedyny nie rozumiem co w tym złego.
- Nie pracuję u dobrych ludzi, czuję się z tym źle. - tłumaczy dziewczyna nie zrażona moją niewiedzą.
- Ty jesteś dobra, i pracujesz dla dobra innych, to jest ważne. - zdaje sobie sprawę z tego, że nie jestem odpowiednią osobą do dawania takich rad, ale czuję silną potrzebę, aby ją jakoś pocieszyć.
- Dziękuję. - jej uśmiech utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłem mówiąc to.
                 Każdy opowiada co u niego. A ja myślę tylko o tym, że możemy się tu zobaczyć, i że wszyscy żyjemy. To wielka łaska, bo przecież codziennie umierają osoby, które tak dobrze znałem. To okropne, a jeszcze bardziej okropne jest to, że przez te wydarzenia powoli się na to uodparniam. Mimo wszystko jak bardzo by mi nie byli obojętni tamci ludzi, czuję, że nie przeżyłbym ani chwili dłużej bez moich bratnich dusz. Czuję jakby byli jedynymi ludźmi na świecie, którzy w jakimś stopniu mogą mnie zrozumieć.

.○○○○.

                 Tak naprawdę nawet nie pamiętam jak się wszyscy poznaliśmy. Jedni w szkole inni na ulicy, a potem złączyliśmy się w jedno ciało. Czasem śmieje się, ze pracujemy jak jeden organizm, rozumiemy się bez słów. Ale ostatnio uświadomiłem sobie, że nie ma w tym nic śmiesznego, bo jeśli ktoś odetnie nam rękę, albo nogę możemy zginąć. Wiem to, w końcu chciałem zostać lekarzem.
                 Moje największe marzenie, ratować ludziom życie i jednocześnie ratować je sobie realizując swoją pasję. Nie ma dla mnie nic piękniejszego na tym świecie niż praca w takim miejscu. Teraz szczególnie bym się im przydał. Jest tylu poszkodowanych od min, czy pocisków. Czasem chodzę więc do szpitala aby pomóc. To jednak nie to samo. Zakładanie opatrunków, to nie to samo co szycie ran.
- Mały! - pielęgniarki i lekarze tak mnie tutaj nazywają, bo jestem chyba najmłodszym wolontariuszem. - Dobrze, że jesteś, wciąż brakuje nam rąk do pracy przy poszkodowanych. - uśmiech jak zawsze mimo trudności i rozpaczy, która tu panuje rozświetla świat dookoła i daje nadzieję, pewnie dlatego pacjenci tak ją tu lubią.
                 Zawsze starałem się być jak ona, emanować pozytywnymi emocjami, dając innym nadzieję. Niestety. Widząc tragedię, zrezygnowanie w oczach tych wszystkich ludzi, sam powoli się załamywałem. Załamywałem się jednocześnie podnosząc na duchu. Jak to możliwe? Po skończonej pracy czułem, że zrobiłem coś dla ludzi, czułem niewyobrażalną satysfakcję. Nic nie mogło się równać z tym uczuciem.

Za każdym razem kiedy zakładałem jakiejś obcej osobie opatrunek, zastanawiałem się czy on też by mi pomógł... Być może już niedługo się o tym przekonam. 


~~~~~~~~~~~~~``
Dziękuję za wszystkie wyświetlenia z poprzedniego rozdziału. I proszę o komentarze bo to niesamowicie motywuje.
Ps. Mam nadzieję, że zdjęcie nie jest zbyt straszne, na pocieszenie, to tylko charakteryzacja ;)

Obserwatorzy