niedziela, 30 sierpnia 2015

Rozdział (6)

Mark


               Było mi naprawdę źle? Nie. Ja ledwo poczułem skutki wojny. Oczywiście najpierw straciłem rodziców, ale potem żyłem jakby w bańce mydlanej, której ktoś nie pozwalał pęknąć. On nigdy nie pozwoliłby abym cierpiał. Miałem czasem wrażenie, że on nie zdaje sobie sprawy z tego, że ja wiem co się dookoła mnie dzieje. Wiem, że zrezygnował z ucieczki do Stanów ze względu na mnie, i mimo że później miałem wyrzuty sumienia, to nie chciałem go przekonywać aby mnie zostawił.
               Te teksty typu „Nie mogę bez ciebie żyć jesteś moim powietrzem”, są waszym zdaniem przereklamowane? Być może jeszcze tego nie poczułeś. Moja każda myśl odkąd go poznałem była choć w części o nim. Kiedy decydowałem o tym co będę jeść na śniadanie zastanawiałem się co on by na to powiedział.
               Nawet wtedy kiedy jeszcze tak mało go znałem, kiedy był u nas w domu dziecka wolontariuszem. Tęskniłem za każdym jego uśmiechem, pocieszającym słowem, żartami, nastroszonymi w każdą stronę włosami (których swoją drogą zawsze chciałem dotknąć) i oczywiście tęskniłem za jego śmiesznymi ubraniami, które chyba rzeczywiście mu się podobały.

.○○○○.

- Jackson? - pytam tak cicho jakbym obawiał się, że rozzłoszczę go tym, ale tak naprawdę to chyba niemożliwe.
- Tak, kochanie?
- JongJae hyung zakochał się w Yugyeomie? - to wylatuje z mojej buzi zanim zdążę pomyśleć czy dobrze robię, że mówię mu o moich spostrzeżeniach, jednak przypominam sobie, że jemu mogę powiedzieć o wszystkim.
- Zauważyłeś? - posyła mi jeden z najpiękniejszych uśmiechów na ziemi. - Myślę, że tak, ale boi się mu o tym powiedzieć, to smutne, bo pasują do siebie. Eh, nie mam pojęcia, jak do niego przemówić, twierdzi, że Yeom jest jeszcze za młody.
- W końcu może być za późno. - mój szept jest głośny, za głośny jak na słowa, które mówię.
               Na moich słowach temat się kończy, bo Jackson słysząc ten nie pasujący do mnie pesymizm już nic nie mówi tylko wtula w siebie moje ciało, co bardzo mi się podoba. Kocham czuć jego bliskość, sprawia, że już się nie denerwuje i cała niepewność ze mnie uchodzi.
               To jest właśnie to trzymanie mnie pod kloszem, jak tylko schodzimy na trudny temat robi coś aby odwrócić moją uwagę. Zwykle przytula, albo całuje. Kocham go, ale już naprawdę nie jestem dzieckiem, czasem muszę porozmawiać o nurtujących mnie sprawach, wtedy zwykle mówię mu o tym i ostatecznie zgadza się na rozmowę.
               W sumie rozumiem go, kiedy się poznaliśmy miałem w końcu tylko piętnaście lat. Dlatego traktuje mnie tak a nie inaczej, dla niego chyba przestałem rosnąć.
- Kocham cię. - muska moje usta a potem podnosi się do siadu. - Muszę iść do sklepu. Spokojnie poradzę sobie, mam tu dobrą znajomą. - szybko mnie uspokaja wiedząc, że jestem zdenerwowany za każdym razem kiedy trzeba wyjść z naszej kryjówki.
- Wróć do mnie szybko.
.○○○○.

               Siedząc wtulony Jacksona, na naszym typowym spotkaniu z przyjaciółmi, tylko przelotnie słyszę wszystkie rozmowy, które często dotyczą tego, że to niezdrowe być tak blisko jak my. Normalnie bym się zdenerwował, ale wiem, ze oni tylko żartują. Całą swoją uwagę skupiłem na JongJae i Yugyeomie siedzieli jak zwykle blisko siebie, ale widać było, że ten pierwszy nie czuje się z tym zbyt komfortowo. Chciałbym coś zrobić, ale nie mam pojęcia jak im pomóc.
- Czemu jesteś dziś taki cichy Mark? - pyta w końcu z troską JB.
- Po prostu myślę. - odpowiadam z uśmiechem.
               Czuję na sobie wzrok Jacksona, który pewnie zastanawia się teraz czy coś się stało, ale ja nie zamierzam mu nic tłumaczyć, jestem dorosły. To czasem taki męczące, ta cała jego troska. Wiem, że powinienem się cieszyć i tak oczywiście jest, ale bez przesady.
- Yeom, mówiłeś coś ostatnio, że chcesz się wyprowadzić od rodziców, rozmyśliłeś się? - już wiem jak ich podejść, żeby przyznali się do tego co czują i nie zamierzam odpuścić.
- Emm... Szukałem już czegoś, ale mieszkania są bardzo drogie a ja nie ma mam nikogo, z kim mógłbym je dzielić. No i to trudne w obecnych czasach znaleźć dobrego współlokatora. - wyznaje, a ja w duchu się z nim zgadzam.
- A JongJae? Ty mieszkasz sam, mógłbyś mieć współlokatora dopóki Yugyeom nie znajdzie czegoś lepszego. - od początku chciałem to powiedzieć, jakoś ich do siebie popchnąć.
- To świetny pomysł! Już nie musiałbym narażać rodziców! Pomożesz mi? - jego ucieszony wzrok i pytanie w oczach, sprawia, że nasz muzyk się mocno rumieni...
- Wiesz... musiałbyś się przyzwyczaić... mieszkanie ze mną jest dość męczące... - próbuje się wycofać bo boi się swoich uczuć, w sumie to nawet mu współczuję, ale chce żeby był szczęśliwy.
- Nie będzie na pewno, aż tak źle. Mieszkałem z nim przez chwilę, jest wkurzający, ale można się przyzwyczaić.- Jackson zorientował się co planuję i najwidoczniej chce mi pomóc.
- Tak się cieszę! Dziękuję! - Yugyeom rzuca się na szyje zdziwionemu chłopakowi, a jestem z siebie ogromnie zadowolony.
               Mam nadzieję, że teraz z moją małą pomocą się im uda. Zasługują na jak największe szczęście.

.○○○○.

- Nie wiedziałem, że mam takiego podstępnego chłopaka. Mną też tak manipulujesz? - pyta mój ukochany kiedy już leżymy w nocy w łóżku.
-Nigdy bym ci czegoś takiego nie zrobił. - zdaje sobie sprawę z tego, że żartował, ale to dobra okazja na takie wyznanie.
               Zawsze pokazuje mu swoje uczucia kiedy tylko mam ku temu okazję, bo wiem, że kiedyś mogę rano nie powiedzieć mu „kocham cię” a potem żałować tego całe życie. Tak właśnie działa wojna, nigdy nie wiesz kiedy widzisz kogoś po raz ostatni. To męczące i okropne, ale sprawia, że bardziej doceniasz pewne rzeczy, dzięki temu nauczyłem się cieszyć każdym momentem.

               Mam nadzieję, że następnym razem kiedy spotkam przyjaciół zobaczę, że Yeom i Jae też to zauważyli.


~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Rozdział mi się nie podoba, ale mam nadzieję, że nie zepsułam go aż tak.
Proszę o komentarze, bo nie wiem czy piszę dla kogoś czy nikt tego nie czyta.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Rozdział (5)

JongJae


                  Lubicie muzykę? Jeśli nie to pewnie, nie zrozumiecie mnie w wielu kwestiach. Ja kocham muzykę. Kiedy moje struny głosowe drgają podczas śpiewania czuję, że żyję, i właśnie tak powinno wyglądać moje życie. Jeśli do tego dodam palce, które gładko przesuwają się po klawiszach fortepianu. Te dwa dźwięki, mój głos i fortepian potrafią uczynić mnie szczęśliwym na bardzo długo.
                  Codziennie wieczorem modlę się do Boga dziękując za mój głos, za to, że mogę się spełniać w swojej pasji. Bo gdyby coś stało się z moim gardłem, chyba nie potrafiłbym dłużej żyć...
                  to dla mnie oderwanie do rzeczywistości, od świata w którym żyjemy. Jestem tylko ja i instrument, na którym gram. Razem potrafimy stworzyć dzieło, skłonić drugiego człowieka do płaczu, lub uśmiechu. Dwa zmysły, słuch i mowa. Ma je każdy, ale tak na prawdę nie każdy potrafi się nimi posługiwać. A niektórzy nie mogą...

.○○○○.

                  Mieszkam sam, tak naprawdę to żyję sam, nie mam nikogo bliskiego. Moja najbliższa rodzina została zamordowana. Minęło już sporo czasu od tego wydarzenia, mówię o tym ze spokojem, bo po części już pogodziłem się z tą stratą mimo, że zawsze będę za nimi tęsknił, to nie mogę użalać się nad sobą do końca życia, oni by tego nie chcieli. Ale mieszkanie samemu ma też plusy, jak to, że w tym tygodniu mogą zamieszkać u mnie Jackson i Mark.
                  Gdybym mieszkał z rodzicami bałbym się ich narażać, po za tym nie miałbym miejsca, a tak mogę im pomóc chociaż tak. No i oczywiście mogę spędzić z nimi więcej czasu. Bo nawet jeśli mdli mnie od tych czułości, to wciąż moja jedyna rodzina, są dla mnie jak bracia, zresztą tak samo jak reszta.
- Jae... - słyszę głos Marka, który jak najdelikatniej tylko może przerywa mi grę na pianinie – Mogę zrobić sobie herbaty? Jackson dopiero poszedł na zakupy, a mi chce się pić.
- Oczywiście, że możesz, nie potrzebnie pytasz. - mówię, z szerokim uśmiechem na ustach, bo Mark jest taki słodki. - Jest w szafce nad zlewem.
- Dziękuję bardzo. - oznajmia cicho i wychodzi.
                  Zazdroszczę Jacksonowi takiej miłości. Tego, że ma się o kogo troszczyć i do kogo wracać. Że jego miłość nie jest okropna jak niektóre z dziewczyn JB, których nigdy nie lubiłem, bo nie robiły nic oprócz ślinienia się na widok przystojnego chłopaka. Zazdroszczę mu tej stałości w życiu, pomimo że tak naprawdę nie powinien jej teraz mieć. Nie wiem jak to nazwać, ale tak naprawdę nigdy nie robiło mi wielkiej różnicy to czy podoba mi się chłopak czy dziewczyna*. Wiem, że dla otoczenia to było złe, chore. Ale ja od zawsze wiedziałem, że płeć nie ma dla mnie znaczenia, liczy się tylko miłość.
                  Kiedy zaczynam odczuwać ból w rękach przerywam grę. Wiem, że nie wolno mi grać aż tak długo, bo w końcu zniszczę swoje kości tak, że już nigdy nie zagram. Ale to naprawdę czasem jest silniejsze ode mnie. Kiedy jestem smutny to gram, zresztą kiedy odczuwam inne silne emocje, też gram. A ponieważ zazwyczaj nie mam z kim porozmawiać o tym co dzieje się wokół mnie, pianino stało się moim największym przyjacielem. Nie umniejszając oczywiście tego, że mam siedmioosobową rodzinę, która kocham i to również moi przyjaciele.
- Jae? - tym razem do mojego pokoju wchodzi Jackson, który wcale nie stara się zachowywać cicho – Zrobiłem obiad, zostaw na chwilę swoją dziewczynę i choć zjeść.
                  Mówiąc o dziewczynie ma oczywiście na myśli moje pianino. Śmieje się tylko na jego słowa i idę za nim do mojej kuchni. Stoi w niej mały stolik, który jest w stanie pomieścić cztery osoby, jak dla nas jest idealny.
- Ty w ogóle jesz, kiedy jesteś sam w domu? - pyta śmiejąc się nadal Jackson.
- Nie. - odpowiadam, specjalnie siląc się na poważny ton i niewzruszoną mimikę twarzy.
Po chwili milczenia, kiedy chłopaki zdają sobie sprawę z tego, że żartuję wybuchamy głośnym śmiechem. Trzeba przyznać, że dawno się tak szczerze nie śmiałem. Życie obecnie jest zbyt smutne, żeby śmiać się z niczego. A jednak, Jackson jest idealnym przykładem na to, ze można, jeśli się tylko chce. To chyba najbardziej pozytywna osoba w całej naszej grupie, mimo że zwykle ma najtrudniej.
- Dziś po południu mamy spotkać się z resztą. - oznajmiam wesoło.
- Stęskniłem się za wszystkimi. - mówi Mark jak zwykle nieśmiało i pod nosem.

.○○○○.

                  Uśmiechy bliskich osób są bardziej wartościowe niż złoto. Uśmiechy bliskich osób sprawiają, że czujesz się szczęśliwszy niż gdybyś sam się uśmiechał. Nie ma nic piękniejszego niż my wszyscy, razem.                                   Rozumiejąc się bez słów, śmiejąc się i żartując, mimo że za oknem wybucha kolejna bomba, i umiera kolejny człowiek. Bo kiedy jesteśmy razem nic nie jest nam straszne.
                  Czasem czuję się jak matka. Zwłaszcza jeśli w moim towarzystwie pojawi się Yugyeom. Tak właściwie to tylko wtedy. On jest taki młody i niewinny, patrząc na niego odczuwam tak silne emocje, że mam ochotę tulić go w ramionach i nigdy nie puszczać. To nie sprawiedliwe, bo nasza para, Mark i Jackson naprawdę tak może. A ja nie. Bo ja jestem zbyt nieśmiały. A on zdecydowanie zbyt młody.
- O czym tak myślisz hyung? Coś się stało? - jego głos przy moim uchu to zdecydowanie zbyt dużo. Wspominałem już, że lubię tego dzieciaka?
- Zastanawiam się czy spotkam kiedyś miłość. - odpowiadam prosto z mostu, bo wiem, że on i tak ię nie domyśli, a mógłby wyczuć, że kłamie.
- Nie zastanawiaj się czy spotkasz miłość. Zanim się obejrzysz miłość spotka ciebie, zobaczysz! - jego uśmiech.
Kiedy kończy swoją wypowiedź przytula się mocno do mojego boku, a ja nie potrafię go odtrącić, nawet jeśli jego dotyk w pewien sposób pali i jest niewygodny, to wciąż jest mi przyjemnie.

.○○○○.

                  Tego wieczoru jestem naprawdę roztrzepany. Ciągle coś wypada mi z rąk i nie mogę znaleźć sobie miejsca. A wszystko to dlatego, że parę godzin temu zorientowałem się, że spotkałem miłość, a potem rozminąłem się z nią bo mnie nie zauważyła.
- Jae... - jak widać Jack już nie może znieść mojego melancholijnego nastroju, gdyby tylko wiedział... - powinieneś powiedzieć Yeom'owi, że ci się podoba.
Przysięgam, że gdybym właśnie coś pił, to bym to wypluł. Skąd on wie?!
- C-co? O czym ty mówisz? - próbuję jeszcze ratować sytuację, ale prawda jest taka, że jak on się uprze to nic już nie pomoże.
- Bo widzisz, wszyscy oprócz niego się już zorientowali. - mówi, odważnie jak na niego Mark.
- Ale on się nie zorientował. I lepiej niech tak zostanie. - przyznaje się w końcu.
- Ale dlaczego?
- Jest jeszcze taki młody. - prawie szepczę te słowa.
- Szanuję twoją decyzję, ale żebyś za późno nie zorientował się, że on uciekł ci sprzed nosa, pamiętaj, że trwa wojna. I nic na to nie poradzimy.
Cholera. Jackson chyba ma rację.



*Wtedy jeszcze nie było takch pojęć jak "bisksualny" dlatego JongJae nie wie jak nazwać swoje uczucia.

`````````````````````````````````````````````````

Tak trochę krótko i dziwnie, ale tak to czułam, więc już nie nie zmieniam. Mam nadzieję, że rozdział się spodoba!
Bardzo proszę o zostawienie po sobie komentarza, choćby najkrótszego. ♥

czwartek, 20 sierpnia 2015

Rozdział (4)

Junior



               Bycie zwykłym szarym człowiekiem jest złe? Bo ludzie ciągle mówią, że nie można być takim jak inni, trzeba być sobą. A co to znaczy być sobą? Nie mam pojęcia. Mój problem polega na tym, że jestem zwykły, nawet w obecnych niespokojnych czasach nie wyróżniam się zbytnio. Moi rodzice żyją i jak na razie nie grozi im niebezpieczeństwo, chociaż to nigdy nie jest pewne. Pracuje codziennie po kilka godzin. Mam nawet cholernego psa, który zabiera mi jedzenie, mimo, że samemu ciężko mi przeżyć.
               Nie ma we mnie nic niezwykłego oprócz ludzi, którymi się otaczam, oni zdecydowanie są niezwykli. Dlatego pewnie nawet nie pomyśleli o mnie kiedy wpadli na pomysł z pisaniem pamiętników. A kiedy powiedziałem im o moich wątpliwościach powiedzieli mi jedno. „Twoje zwykłe życie, jest teraz niezwykłe”. Chyba mieli rację...

.○○○○.

               Budzi mnie wycie syren policyjnych na jednej z sąsiednich ulic. Co jak co, ale ten dźwięk zawsze wzbudzał we mnie niepokój. Kiedy sygnał mija na powrót zamykam oczy bo jest jeszcze wcześnie a dzisiaj próby w teatrze zaczynają się później. Jednak strach, który wzburzył się we mnie nie zdążył jeszcze opaść co znaczy, że i tak nie usnę. Otwieram, więc oczy i postanawiam poleżeć po prostu w ciszy, bo taki spokój rzadko mi się przytrafiał.
               Nadal pracuję w teatrze nie potrafiłem odejść jak Joon, bo to rzecz, którą oddycham. Jak Mark i Jackson, tak ja i teatr. To jest moja największa i jedyna miłość. I mimo że nie zgadzam się z każdym przedstawieniem, które gramy, cieszę się jak dziecko, które dostało coś słodkiego kiedy tylko wychodzę po raz kolejny na scenę. Na szczęście moja przyjaciółka nie miała nic przeciwko, zdaje sobie sprawę z tego jak jest teraz ciężko o pracę i poniekąd rozumie moją decyzję.
- Junior! - nawet moja mam woła do mnie pseudonimem, czasem myślę, że w czasie wojny imiona nie istnieją.
- Już wstaję! - odpowiadam, niezbyt głośno bo wiem, że mogłoby to zdenerwować moich sąsiadów.
               Nieco ospały podchodzę do swojej szafy i wyciągam z niej wygodne ubrania, nie zamieram się stroić do pracy. Następnie udaję się do łazienki na szybki prysznic, który jest wybawieniem dla moich zastałych po nocy mięśni. Stojąc po strumieniami wody przypominam sobie o bardzo istotniej rzeczy, mianowicie, dziś mam spotkanie z przyjaciółmi, wizja tego napawa mnie takim optymizmem, że niemal od razu wyskakuje spod prysznica i biorę się za pozostałe rutynowe czynności.
               Możliwość zobaczenia się razem w pełnym gronie nie zdarza się ostatnio zbyt często, więc trzeba brać z nich garściami i wykorzystywać w pełni.

.○○○○.

               Najgorsze są te momenty kiedy propaganda widoczna w sztuce jest tak rażąca, że zadaje sobie pytanie czy grając w niej nie robię ludziom krzywdy. Niestety gdybym z tym skończył nie wiem czy poradziłbym sobie z tym co nas otacza, bo jak złe by to nie było, mimo wszystko daje chwilę zapomnienia, sprawia, że zapominam na tę godzinę lub więcej o wojnie. To jest jak oddech świeżego powietrza po wyjściu z płonącego budynku, tak utęskniony kiedy otacza cię smog i dym.
               Wtedy zwykle płaczę. Tak, jestem facetem i płaczę, cóż nic na to nie poradzę, to mój sposób na odreagowanie. A kiedy każde słowa pocieszania zawodzą nie pozostaje mi nic innego, jak tylko płacz. Mama przyzwyczaiła się do tego, że często płacze i już nawet nie zagląda do mojego pokoju, kiedy mam te chwile słabości.
               Mówi się, że mężczyźni nie płaczą, jestem trochę innego zdania. Prawdziwy mężczyzna nie boi się płakać. Jest na tyle silny, że nie wstydzi się pokazać słabości, które każdy z nas zna.
- Ej ty! - ogarnia mnie fala irytacji, kiedy słyszę ten piskliwy głosik, skierowany w moją stronę. - Wróć na ziemie i graj bo inaczej się pożegnamy i już nie będzie tak miło.
.○○○○.

- Jesteś w końcu! - oznajmia na przywianie najmłodszy z nas Yugyeom, zdążyłem się już przyzwyczaić do jego „miłych” powitań.
- Cześć, też się cieszę, że was widzę. - czuję, że mój uśmiech wychodzi daleko poza normę.
               Czas spędzony z nimi zawsze jest miły, nie ważne jaki wiadomości mają do przekazania, czy są one smutne czy raczej radosne. Po prostu czuję się jakbym był z moją zaginioną rodziną. I poniekąd tak właśnie jest, bo to moja rodzina. Tak ich taktuję, myślę zresztą, że z wzajemnością.
- Jak tam w teatrze? - nie pierwszy raz słyszę to pytanie, mimo wszystko nadal nie wiem co na nie odpowiedzieć.
- Jak na razie nie jest tak źle... - wymijająca odpowiedź sprawia, że w oczach moich przyjaciół zauważam wyraźną troskę. - Nie czuję się tak jakoś wyśmienicie, ale nie potrafiłbym odejść. - prostuje.
- Rozumiem cię, czasem sama trochę żałuję, że podjęłam tą decyzję.
               Gdyby alfabet tak bardzo nie ograniczał człowieka chętnie opisałbym wam jej wyraz twarzy, to co mówią jej oczy, mimika. Jednak nie jestem w stanie, mogę wam tylko powiedzieć o smutku i tęsknocie, jaką widzę.
- A ja czasem żałuję, że nie. Może po prostu z tej sytuacji nie ma dobrego wyjścia?
               Chyba tak właśnie jest, w czasie tego konfliktu, nie ma dobrych decyzji. Czasem są lepsze i gorsze, a czasem nie ważne co wybierzesz i tak jest źle. To okropne, bo człowiek czuję się tak zdezorientowany i zagubiony, że wielu sobie z tym nie radzi. Mimo, że zawsze byłem dość pogodnym człowiekiem, kochającym i doceniającym życie, to przez to wszystko już kilka razy naszły mnie myśli samobójcze. Na szczęście, mimo że nikomu o nich nie powiedziałem zdołałem się wydostać z tych ruchomych piasków depresji.
               Dlaczego porównuję ruchome piaski do depresji? Jeśli tego nie przeżyliście, możliwe że nie zrozumiecie. Kiedy człowiek jest tak złamany, tak że wszystko widzi w czarnych barwach, próbując się wydostać tylko zagłębia się w tym bagnie i jeśli w porę nie zorientuje się, że coś jest nie tak, może zostać całkowicie pochłonięty.

.○○○○.

               Nigdy nie byłem prawdziwie zakochany, mogę obwiniać o to wojnę, ale prawda jest taka, że sam sobie zawiniłem moim wstydliwym charakterem, i brakiem jakiegokolwiek obycia z dziewczynami. Jedyne dwie kobiety, z którymi potrafię się w miarę dogadać to mama i JoonJin. A nawet w ich towarzystwie nie czuję się zbyt komfortowo. Prawda jest taka, że dobrze czuję się tylko w towarzystwie swojego pieska, Astra. Bo kto zrozumie mnie lepiej niż on. Głównie dlatego, że nic nie odpowiada kiedy do niego mówię...
               To nie tak, że jakoś bardzo chce się zakochać, ale kiedy widzę Marka i Jacksona, albo jakąś parę zakochanych na ulicy czuję, że też chciałbym się do kogoś przytulić, poczuć się bezpiecznie w ramionach drugiej osoby, która czuję do ciebie to co ty do niej, jest ci oddana i wierna.

               Niestety jak na razie chyba będę musiał zostać na etapie marzeń.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~`

Szczerze mówiąc, niezbyt podoba mi się ten rozdział powstał z powodu braku pomysłu... No ale nie mi oceniać. Piszcie w komentarzach co tym sądzicie! ♥
Dziękuję, za wszystkie wyświetlenia i komentarze!

sobota, 15 sierpnia 2015

Rozdział (3)

Yugyeom


                 Mieliście kiedyś wrażenie, że jesteście niepotrzebni. Najsłabsi, trzeba się wami opiekować, więc i tak na nic się nie przydacie? Ja ciągle je miałem. Nie mogłem się go pozbyć i mam wrażenie, że nadal to gdzieś głęboko we mnie siedzi. Przez tyle lat bylem najmłodszy z grupy moich przyjaciół, dlatego zawsze, a zwłaszcza po wybuchu wojny obchodzili się, ze mną jak z jajkiem. Miałem siedemnaście lat, a oni myśleli, że są w stanie w jakiś sposób mnie ochronić? To było nie możliwe. Okropieństwa tego czasu dosięgnęły i mnie.

.○○○○.

                 Rozsadza mi brzuch ze zdenerwowania. Siedzę w ciemnym pomieszczeniu chowając się. Mama jest za ścianą rozmawia z jakimiś wojskowymi, boję się. Powiedziała, że śpię. Zaglądali tu więc oczywiście udawałem. Ona wie, że jestem zbyt zdenerwowany żeby z nimi rozmawiać. To chyba nie jest nic aż tak ważnego, bo nie obchodziło ich czy naprawdę śpię czy nie. Oni są straszni, dokładnie pamiętam jak przyszli po tatę.
- Kochanie, już poszli. - zawsze delikatny i miękki głos mojej mamy, uspokaja mnie na tyle, że przestaje się trząść. - Nic się nie dzieje, spokojnie.
- Mamo, jutro idę się z nimi zobaczyć. Po ostatniej naszej akcji minęło już trochę czasu, więc to względnie bezpieczne. A potem idę do szpitala, pomagać przy rannych. -mówię jej to bo wiem, że umierałaby ze strachu.
                 Po chwili milczenia, moja rodzicielka w końcu wychodzi. Opadam bezwładnie na łóżko i zamykam oczy. Kiedy jestem już pewien, że sobie poszła, po omacku podchodzę do szafki nocnej. Jak szybko tylko mogę chwytam za zapałki i zapalam świecę, która tam leży. Przyjemne, nikłe światło rozświetla pokój. Idealnie. Nie razi, ale pozwala widzieć w ciemnościach.
                 Na palcach podchodzę znów do łóżka i wyciągam z pod niego średniej wielkości pudełko. Kiedy je otwieram widzę mnóstwo jakiś skrawków papieru, jakieś rzemyki, pamiątki, ale dziś nie to mnie interesuje. Potrzebuję spokoju. Odkopuję parę nieco innych rzeczy. W moich rękach znajduje się kilka zdjęć. Zdjęcia sprawiają, że przenoszę się myślami do tamtych szczęśliwych dni, pełnych radości, beztroski.
                 Moje ulubione zdjęcie przedstawia te najważniejsze dla mnie osoby. Moich rodziców, starszą siostrę i oczywiście moich wspaniałych przyjaciół. Uśmiecham się na samo wspomnienie, tego dnia. Przez to przypominam trochę tego Yugyeoma ze zdjęcia.
                 Kiedy świeczka gaśnie a zdjęcia zostają schowane, no nowo w moim sercu pojawia się pustka i przerażenie. Nic tym nie zrobię, mogę jedynie zasnąć.

.○○○○.

                 Idę właśnie spotkać się z przyjaciółmi. Po mimo tego, że dość dobrze znam Seul trudno jest mi dotrzeć pod wskazany adres, w końcu nie będziemy się spotykać w jakiś typowych miejscach, w których łatwo byłoby nas odnaleźć. Na szczęście po pewnym czasie udaje mi się. Kiedy już kończę wyjaśniać właścicielom mieszkania kim jestem, w końcu mogłem ich zobaczyć.
                 Szczęście dosłownie rozsadza mnie od środka. Tak dawno ich nie widziałem...
Tęskniłem. - mówię na przywitanie. A widząc, że przerwałem w jakiejś dyskusji dodaje – O czym rozmawiamy?
- Znalazłam pracę. - w głosie Joon nie słyszę ani grama szczęścia, wydaje mi się wręcz przybita.
- To źle? - czuję, się dziwnie z tym, że chyba jako jedyny nie rozumiem co w tym złego.
- Nie pracuję u dobrych ludzi, czuję się z tym źle. - tłumaczy dziewczyna nie zrażona moją niewiedzą.
- Ty jesteś dobra, i pracujesz dla dobra innych, to jest ważne. - zdaje sobie sprawę z tego, że nie jestem odpowiednią osobą do dawania takich rad, ale czuję silną potrzebę, aby ją jakoś pocieszyć.
- Dziękuję. - jej uśmiech utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłem mówiąc to.
                 Każdy opowiada co u niego. A ja myślę tylko o tym, że możemy się tu zobaczyć, i że wszyscy żyjemy. To wielka łaska, bo przecież codziennie umierają osoby, które tak dobrze znałem. To okropne, a jeszcze bardziej okropne jest to, że przez te wydarzenia powoli się na to uodparniam. Mimo wszystko jak bardzo by mi nie byli obojętni tamci ludzi, czuję, że nie przeżyłbym ani chwili dłużej bez moich bratnich dusz. Czuję jakby byli jedynymi ludźmi na świecie, którzy w jakimś stopniu mogą mnie zrozumieć.

.○○○○.

                 Tak naprawdę nawet nie pamiętam jak się wszyscy poznaliśmy. Jedni w szkole inni na ulicy, a potem złączyliśmy się w jedno ciało. Czasem śmieje się, ze pracujemy jak jeden organizm, rozumiemy się bez słów. Ale ostatnio uświadomiłem sobie, że nie ma w tym nic śmiesznego, bo jeśli ktoś odetnie nam rękę, albo nogę możemy zginąć. Wiem to, w końcu chciałem zostać lekarzem.
                 Moje największe marzenie, ratować ludziom życie i jednocześnie ratować je sobie realizując swoją pasję. Nie ma dla mnie nic piękniejszego na tym świecie niż praca w takim miejscu. Teraz szczególnie bym się im przydał. Jest tylu poszkodowanych od min, czy pocisków. Czasem chodzę więc do szpitala aby pomóc. To jednak nie to samo. Zakładanie opatrunków, to nie to samo co szycie ran.
- Mały! - pielęgniarki i lekarze tak mnie tutaj nazywają, bo jestem chyba najmłodszym wolontariuszem. - Dobrze, że jesteś, wciąż brakuje nam rąk do pracy przy poszkodowanych. - uśmiech jak zawsze mimo trudności i rozpaczy, która tu panuje rozświetla świat dookoła i daje nadzieję, pewnie dlatego pacjenci tak ją tu lubią.
                 Zawsze starałem się być jak ona, emanować pozytywnymi emocjami, dając innym nadzieję. Niestety. Widząc tragedię, zrezygnowanie w oczach tych wszystkich ludzi, sam powoli się załamywałem. Załamywałem się jednocześnie podnosząc na duchu. Jak to możliwe? Po skończonej pracy czułem, że zrobiłem coś dla ludzi, czułem niewyobrażalną satysfakcję. Nic nie mogło się równać z tym uczuciem.

Za każdym razem kiedy zakładałem jakiejś obcej osobie opatrunek, zastanawiałem się czy on też by mi pomógł... Być może już niedługo się o tym przekonam. 


~~~~~~~~~~~~~``
Dziękuję za wszystkie wyświetlenia z poprzedniego rozdziału. I proszę o komentarze bo to niesamowicie motywuje.
Ps. Mam nadzieję, że zdjęcie nie jest zbyt straszne, na pocieszenie, to tylko charakteryzacja ;)

środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział (2)

Jackson


               Ludzie mówią, że największe zagrożenie dla nas to wojna, że ona nas niszczy, zabiera wszelkie dobro i człowieczeństwo.
               Dla mnie i Marka zagrożenie zawsze było podwójne. Wbrew wszystkiemu i wszystkim pokochaliśmy się. Nie platoniczną miłością dwojga przyjaciół, ale prawdziwą, nierozerwalną i gorącą. Taką, że żadna katastrofa czy destrukcyjna moc nie mogła nas rozdzielić. Rozpatrywanie tego czy robimy dobrze czy nie sprowadziliśmy do jednego pytania: „Czy miłość jest dobra?”. Jest. A więc my też jesteśmy, nie ważne co mówią ci nie znający nas ludzie.

.○○○○.

- Spędzanie czasu z przyjaciółmi jest cudowne, ale gdybym musiał wybierać, wolałbym zostać tylko z tobą na zawsze. W miejscu gdzie nikt i nic by nam nie przeszkadzało. W miejscu gdzie nikt, nie przejmowałby się tym jacy jesteśmy. Założylibyśmy kochającą się, dwuosobową rodzinę. Małą, ale szczęśliwą. - na tym Mark kończy swój monolog, ciągle wtulając się w moje ramie.
- Myślę tak samo... Nam już przed wybuchem tej masakry było ciężko, teraz jest po prostu trudniej. - mówiąc składam bardzo delikatny pocałunek na jego skroni.
- Jackson... Kocham cię.
- Kocham cię. - moja odpowiedź na te dwa słowa nigdy brzmi „Ja ciebie też”, bo to nie jest wyznanie miłości, a ja pragnę mu ją wyznawać.
               Mógłbym tak w nieskończoność, jedynie leżeć, przytulać, całować i kochać. Mark to moje największe uzależnienie. Ludzie... reszta ludzi, jest przy nim niczym. Jedynie scenografią poukładaną w naszej tragicznej sztuce.
               Gdyby nie grupa naszych przyjaciół nie było by teraz tak kolorowo. Musimy się co prawda ukrywać, ale przynajmniej jesteśmy razem. To oni jako pierwsi tak naprawdę zauważyli nasze uczucia i „popchnęli nas” ku sobie.
               Bo jak można go nie kochać? Tych ciemnych oczu, pięknych, czarnych jak smoła włosów, aksamitnego głosu. Delikatnej skóry, której mógłbym dotykać bez końca, ona jest uzależnieniem, którego nigdy nie będę chciał pozbyć się z mojego życia.
               Cieszę się, że wszyscy, którzy są dla nas ważni, akceptują i wspierają nas we wszystkim. Dlaczego wszyscy zamiast szerzyć nienawiść nie mogą po prostu szanować drugiego człowieka? Zamiast akceptacji i szacunku mamy mnóstwo ludzi, którzy jak tylko by się dowiedzieli, domagaliby się zabicia nas.
- O czym myślisz? - mruczy Mark, prawie zasypiając w moich ramionach.
- O tym, że cię kocham, jesteś dla mnie najważniejszy na świecie i zrobiłbym dla ciebie wszystko.
               Jego uśmiech rekompensuje mi wszystkie niesprawiedliwości jakie musiałem znieść, a raczej musieliśmy znieść, aby móc być tu razem.
- Podziwiam JoonJin. - jego słowa są dla mnie bardzo niespodziewane, więc w pierwszej chwili nie mam pocięcia co mu na to odpowiedzieć. Szybko mnie jednak wyręcza kontynuując – No bo wiesz... Ona cię naprawdę mocno kochała, a mimo to nadal jest naszą przyjaciółką. Co więcej nie popiera takich związków, a mimo to kocha nas, wspiera i szanuje. Powinniśmy być jej za to dozgonnie wdzięczni.
               Potrzebuję chwili aby to przemyśleć, on chyba ma racje. Jin była we mnie zakochana, wszyscy to zauważyliśmy. Ale ona wolała abyśmy byli szczęśliwi razem. Myślę, że właśnie to pokazuje jak silna i prawdziwa była jej miłość do mnie.
- To nasza najlepsza przyjaciółka, nie bez powodu.
- Wiem. - odpowiada tylko.
               Mark jest naprawdę mądry. Piękny i mądry. Jak ideał. Nigdy bym nie przypuszczał, że trafi mi się ktoś tak wyjątkowy. I cudowny.
- Jackson? Do kiedy możemy tutaj zostać? - pyta niespokojnie spoglądając w stronę drzwi.
- Jeszcze dwa dni. Potem musimy poszukać czegoś nowego. To niebezpieczne ukrywać nas tak długo. Jeśli ktoś rozpozna chiński akcent...
- Weźmiesz mnie do Ameryki kiedy to wszystko już się skończy? Zawsze marzyłem żeby tam pojechać – jego rozanielona twarz sprawia, że mam ochotę całować go bez końca.
- Oczywiście, pojedziemy tam razem.
               Gdyby ktoś kazał mi wybierać pomiędzy Markiem i wolnością wybrałbym jego. Zresztą wybrałbym go w każdej opcji. To jest jedyna rzecz pewna i stała w moim życiu. Kocham go.
               Gdzieś w oddali słyszę huk wybuchającej bomby. Boję się, mimo że powinienem być silniejszy, chronić moją miłość. Wciąż nie wiem dlaczego spotkało mnie takie szczęście. Skoro Bóg nas nie kocha to dlaczego daje nam to wszystko. Nie tak to działa? Moje życie nie powinno być pełne przykrości i pecha?

.○○○○.

               Kilka tygodni temu stanąłem przed trudnym wyborem. Mogłem już na samym początku wyjechać do Ameryki. Było to proste ponieważ dawniej tam mieszkałem i miałem tam dużą rodzinę. Nie miałem jednak możliwości aby zabrać ze sobą Marka. I mimo, że kocham moją rodzinę, wybrałem jego. Oczywiście nigdy mu o tym nie powiedziałem. Byłby zły.
               Poznaliśmy się kiedy byłem wolontariuszem w domu dziecka, w którym się wychował. Urzekła mnie jego delikatność. Wtedy oczywiście nie myślałem o tym jak o miłości, wmawianie sobie, że o tylko dobry przyjaciel było o wiele prostszym i wygodniejszym wyjściem. Spotykaliśmy się raz w tygodniu, kiedy już skończyłem wolontariat wbrew pozorom spędzałem z nim jeszcze więcej czasu.
               Najtrudniej było kiedy skończył osiemnaście lat. Wiedziałem, że boi się tego. Już wtedy wiedziałem, że zrobiłbym dla niego wszystko. Porozmawiałem więc z rodzicami a oni zgodzili się aby wynająć mu pokój, który został pusty od kiedy moja starsza siostra na stałe przeniosła się do Ameryki. Mieszkanie z nim w jednym domu, było chyba jednym najlepszych okresów mojego nastoletniego życia. Mimo, że ciągle biłem się z myślami zadręczając się moimi nieodgadnionymi dotąd uczuciami.
               Pewnego dnia, tuz po rozstaniu z JoonJin nie wytrzymałem i pocałowałem go. To było... niesamowite. W końcu czułem, że robię coś dobrze, tym bardziej, że mnie nie odepchnął. Było mi nawet łatwiej pogodzić się z byłą dziewczyną kiedy zrozumiała dlaczego ją zostawiłem. To było chyba najpiękniejsze kilka miesięcy w moim życiu. Wszystko nagle się ułożyło, wystarczyło, że podjąłem jedną właściwą decyzję.

.○○○○.

- Mark, musimy już iść. - oznajmiam odciągając chłopaka od nagrobka jego poległych rodziców.
               Gdyby to ode mnie zależało mógłby tu siedzieć ile tylko zechce. Przynosiłbym mu jedzenie i wszystko co potrzebne, bo to jest dla niego ciężkie. Ale nie mogę pozwolić na to aby ktoś go tu znalazł. Gdyby musiał pokazać dokumenty... Niby mamy jakieś fałszywki, ale mimo wszystko nie chce ryzykować. Teraz kiedy nie działamy dla komunistów, a jednocześnie jesteśmy z Chin zagrożenie jest podwójne.
- Kiedyś, być może niedługo znów was zobaczę.

               Jego szept szarpie moje serce. Mówi to prawie dotykając ustami ziemi, ale dla mnie to brzmi jak krzyk. Wołający o pomoc, której ja nie mogę mu dać. Mimo mojej miłości. 

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~

Przepraszam, że tak późno, ale mam wakacje I MOGĘ! A tak serio to wolę spędzać czas aktywnie, a nie przed komputerem, mam życie i musicie to zaakceptować, jeśli chcecie czytać. 
Ale już tak bardziej miło to KOCHAM WAS za iść komentarzy i wyświetleń, jesteście najlepsi. 
PISZCIE CO JEST NIE TAK POSTARAM SIĘ POPRAWIĆ!

Obserwatorzy